Tag Archives: elita polskiej dywersji

Nie kupuj śmieci – książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak

 

Odcinek 1   (55 stron z ok. 400): 

55 stron – 58 błędów

czyli errata do 1/4 książki – „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”

 

NIE-KUPUJ-SMIECI-sledzinski-znak__-300x208 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo ZnakPseudohistoryk Kacper Śledziński napisał, a nierzetelne wydawnictwo „Znak” wydało książkę „Cichociemni. Elita polskiej dywersji” (Znak, Kraków 2022, ISBN 978-83-240-87-47-1 oraz Znak Kraków, 2012, ISBN 978-83-240-2191-8).

Skandal z okładką – zobacz SKANDALICZNE SZYDERSTWO – na której kiepski autor oraz szmatławe wydawnictwo umieściło hitlerowskiego skoczka – przesłonił niektórym nader istotny fakt, mianowicie iż w tej pseudo „popularnonaukowej” publikacji aż roi się od błędów. Szukanie ich oraz wskazywanie jest zajęciem żmudnym i mało ciekawym – jest ich bowiem tak wiele i są aż tak istotne, że nadmiar bezrozumnej treści musi działać obezwładniająco na każdego kto historię własnego kraju traktuje choć trochę poważnie.

Do tej pory Śledzińskiemu i „Znakowi” udawało się tą tandetę prezentować jako pełnowartościową publikację. Przede wszystkim rzuca się w oczy rażąca nierzetelność oraz brak wystarczającej precyzji. Rzetelni historycy nie komentowali dotąd zawartych w niej treści, zapewne bowiem nikt z nich jej uważnie nie przeczytał. To prawie pewne, bo jest to lektura tego rodzaju, że nawet łysemu zjeżyłaby włosy na głowie – roi się w niej od merytorycznych, istotnych błędów…

skandal-97-tys-238x250 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo ZnakMój pierwszy post w sprawie tego skandalicznego bubla pseudohistorycznego dotarł na Facebooku do ok. 97 tys. osób. Autor tego gniota tchórzliwie nie zabrał głosu, wydawnictwo zaś coś tam bajdurzyło o rzekomych „procedurach weryfikacji”, które niby zawiodły. Postawmy sprawę po męsku – wydawnictwo „Znak” od początku bezczelnie oszukuje swych Czytelników, nazywając publicznie tą książczynę „publikacją popularnonaukową”. Kłamie też w żywe oczy, opowiadając o rzekomo istniejących w nim  mechanizmach merytorycznej weryfikacji treści przed publikacją książki. Gdyby choć jedna osoba faktycznie weryfikowała, czy autor czegoś nie przeinaczył albo się nie pomylił – nazwisko takiej osoby widniałoby w tzw. metryce wydawniczej książki. Tymczasem nie ma w niej nikogo, kto choćby udawałby, że był „konsultantem historycznym”.

Niestety fakty są takie – to co sobie Śledziński nawypisywał – pseudowydawnictwo „Znak” bezkrytycznie opublikowało. W przypadku tej akurat książki ma to prawie taką „wartość historyczną” jak napisy na płocie…

Ale do rzeczy – oto errata najważniejszych błędów merytorycznych, zawartych w książce Śledzińskiego. Dotyczy ona obu wydań, tj. z 2012 oraz 2022, bowiem tegoroczne wznowienie tej książki zawiera prawie identyczną treść. Od dziesięciu lat nierzetelny „Znak” (ignorancji) oraz pseudohistoryk Śledziński, ujmując to kolokwialnie, „robią ludziom wodę z mózgu”…

 

Oto wykaz zauważonych błędów w 1/4 książki:

1/ Okładka – Skandaliczne zdjęcie hitlerowca, zbrodniczego fanatyka Adolfa Hitlera w roli „cichociemnego, elity polskiej dywersji”. Zdjęcie bezczelnie skradzione z internetu, dostępne m.in. na stronach:

 

41_cc-Tobie-Ojczyzno-grupa-250x139 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak2/ Okładka – ewidentne brednie, jest: „BYŁO ICH 300” – było 316 Cichociemnych

 

3/ Okładka – jest: „Najlepiej wyszkolona formacja w historii” – powinno być: najlepiej wyszkolona grupa żołnierzy w historii. Cichociemni nie byli „formacją”, nie stanowili oddziału wojskowego. Byli grupą żołnierzy do zadań specjalnych.

 

4/ Okładka – jest: „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń” – powinno być: „Wywalcz Jej wolność lub zgiń”. Nierzetelny cytat maksymy Cichociemnych.

 

5/ Okładka – jest: „Najlepiej wyszkoleni sabotażyści w historii” – powinno być: najlepiej wyszkoleni żołnierze do zadań specjalnych. Kłamstwem jest wywód, że 300 Cichociemnych było „sabotażystami”; w ogóle spłycanie Cichociemnych do roli sabotażystów jest nierzetelnym wymysłem autora. Proponuję sprawdzić znaczenie słowa sabotaż. Cichociemni byli szkoleni w ok. 30 specjalnościach: dywersja i partyzantka (169), łączność (50), wywiad (37), oficerowie sztabowi (24), służby lotnicze (22), pancerniacy (11), legalizacja (3). Wśród trzystu szesnastu Cichociemnych zaledwie kilku było faktycznie sabotażystami.

 

6/ Okładka – ewidentne brednie: „przygotowywali się, aby w pojedynkę zmienić bieg historii” – powinno być: byli szkoleni do pracy zespołowej w konspiracji.

 

7/ Okładka – jest: „Zrzuceni na spadochronach do okupowanej Polski” – brak precyzji, powinno być: przerzuceni na spadochronach do okupowanej Polski. Nie wszyscy Cichociemni skakali na spadochronach, ośmiu wylądowało na polowych lotniskach, zostało przerzuconych w operacjach „Most”.

 

okladka-tyl-167x250 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak8/ Okładka – ewidentne brednie: „podejmowali samobójcze misje” – powinno być np.: uczestniczyli w śmiałych akcjach bojowych. Śledziński nie ma pojęcia o kim pisze. Cichociemni byli świetnie wyszkoleni, nie byli bezrozumnymi samobójcami.

 

9/ Okładka – bezczelne prosowieckie kłamstwo: „Nieliczni, którzy przeżyli, trafili po wojnie do piekła komunistycznych więzień” – powinno być: z Tych, którzy przeżyli, większość osadzono w komunistycznych więzieniach oraz łagrach. Z 316 wojnę przeżyło 214; spośród nich część przebywała na Zachodzie, 59 musiało tam uciekać z okupowanej przez komunistów Polski. Organy represji „Polski Ludowej” represjonowały aż 103 Cichociemnych w komunistycznych więzieniach osadzono aż 56 Cichociemnych. Organy represji ZSRR robiły to samo – pod koniec wojny oraz po wojnie – w sowieckich łagrach osadzono aż 35 Cichociemnych.

Ogółem do łagrów zesłano aż 83 Cichociemnych, w tym siedmiu dwukrotnie! Łącznie w komunistycznych więzieniach osadzono 91 Cichociemnych, prawie połowę z tych którzy przeżyli. Jeśli odliczyć Tych, którzy pozostali na Zachodzie lub tam uciekli – w więzieniach i łagrach osadzono zdecydowaną większość Cichociemnych, spośród Tych którzy byli „w zasięgu” komunistycznej władzy. Ostatni Cichociemny wyszedł z łagru w 1956.

 

10/ str. 6 – jest: „(…) wszyscy byliśmy przygotowani do podróży przez Wschód i Bałkany” – powinno być: „(…) wszyscy byliśmy przygotowani do podróży przez Wschód: Turcję i Bałkany”, nierzetelny cytat z książki Cichociemnego Alfreda Paczkowskiego (Ankieta Cichociemnego, 1984).

 

40_Znak-Spadochronowy-AK-187x300 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak11/ str. 12 – w odniesieniu do CC Jana Piwnika jest: „ukończył Szkołę Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim, uczelnię o wysokim poziomie nauczania” – Śledziński nie ma pojęcia o kim pisze – nie było szkoły o takiej nazwie, nie była to uczelnia; powinno być „ukończył Wołyńską Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim„. Nie była to „uczelnia”, byłby to bowiem chyba pierwszy w historii przypadek lokalizacji ośrodka akademickiego w koszarach…

 

12/ str. 12 – w odniesieniu do CC Bohdana Piątkowskiego jest: „w 1930 roku ukończył Oficerską Szkołę Artylerii i otrzymał przydział do 1. Dywizjonu Artylerii Konnej im. Gen. [tak w oryginale] Józefa Bema” – powinno być: w 1930 ukończył Szkołę Podchorążych Artylerii w Toruniu, przydzielony jako młodszy oficer 3 baterii 7 Dywizjonu Artylerii Konnej w Poznaniu. (…) Od 2 maja 1935 przydzielony do 1 Dywizjonu Artylerii Konnej w Warszawie.

 

13/ str. 13 – w odniesieniu do CC Eugeniusza Kaszyńskiego jest: „przed wojną był instruktorem wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego w Horodence (…). Zanim przyjął wspomniana funkcję instruktora, był oficerem kontraktowym w 49 Pułku Piechoty Strzelców Huculskich w Kołomyi” – powinno być: od 1937 członek Związku Strzeleckiego, instruktor (odznaka PW II stopnia) Przysposobienia Wojskowego oraz WF, od 1 kwietnia 1938 powołany do wojska jako oficer kontraktowy w 49 Pułku Piechoty Strzelców Huculskich 11 Dywizji Piechoty w Kołomyi, mianowany na stopień porucznika. Od 17 kwietnia 1939 komendant powiatowy PW oraz WF w Horodence (rejon kołomyjski).

 

14/ str. 13 – w odniesieniu do CC Ryszarda Nuszkiewicza jest: „rozpoczął wojnę w 6 Pułku Strzelców Podhalańskich” – powinno być: w kampanii wrześniowej 1939 w składzie batalionu „Brąglewicz”, improwizowanej taktycznej Grupy „Stryj” na szlaku w rejonie Sambora, Drohobycza, Stryja, Synowódzka.

 

15/ str. 14 – w odniesieniu do CC Ryszarda Nuszkiewicza jest: „Ostatnie dwa miesiące 1941 roku porucznik Nuszkiewicz spędził w Gibraltarze, skąd 30 grudnia 1941 wypłynął do Wielkiej Brytanii” – powinno być: podporucznik Nuszkiewicz (awansowany na porucznika w październiku 1942), dotarł do Gibraltaru 30 grudnia 1941, następnie na początku stycznia 1942 statkiem m/s Batory dotarł do Greenock (Szkocja, Wielka Brytania).

 

16/ str. 14 – w odniesieniu do CC Henryka Januszkiewicza jest: „we wrześniu 1939 jako świeżo upieczony plutonowy podchorąży walczył w 15. Pułku Artylerii Lekkiej” – powinno być: awansowany na stopień plutonowego podchorążego w czerwcu 1938, w kampanii wrześniowej 1939 nie zmobilizowany, od 7 września 1939 walczył w obronie Warszawy jako ochotnik w 1 Pułku Artylerii Przeciwlotniczej im. Marszałka Edwarda Rydza – Śmigłego.

 

17/ str. 14 – w odniesieniu do CC Henryka Januszkiewicza jest: „Skakał na terytorium Polski 16 lutego 1943 roku w czteroosobowej ekipie dowodzonej przez podporucznika Adolfa Pilcha” – Śledziński nie ma pojęcia o kim pisze, powinno być: skakał w nocy 16/17 lutego 1943 (skok nastąpił po północy, 17 lutego) w czteroosobowej ekipie skoczków, którą sam dowodził.

 

18/ str. 14 – w odniesieniu do CC Adolfa Pilcha jest: „ukończył szkołę podchorążych w Skierniewicach. Nie został jednak zawodowym żołnierzem – wybrał studia budowlane na Politechnice Warszawskiej” – Śledziński nie ma pojęcia o kim pisze, powinno być: Od 20 września 1935 do 31 maja 1926 uczestnik Dywizyjnego Kursu Podchorążych Rezerwy Piechoty przy 26 Dywizji Piechoty w Skierniewicach. Był to kurs dla rezerwistów, po którym nie zostawało się żołnierzem zawodowym. W 1935 zdał egzamin dojrzałości i uzyskał uprawnienia technika budowlanego w Państwowej Szkole Budownictwa w Warszawie. Nigdy nie rozpoczynał ani nie ukończył studiów, w szczególności „na Politechnice Warszawskiej”.

 

19/ str. 14 – w odniesieniu do CC Adolfa Pilcha jest: „Na Wyspach podporucznik Pilch zerwał kontakty z piechotą i przemienił się w kawalerzystę 24 Pułku Ułanów” – Śledziński nie ma pojęcia o kim pisze, powinno być: 17 lipca 1940 przydzielony do 2 szwadronu 24 Pułku Ułanów 10 Brygady Kawalerii Pancernej w Douglas, następnie Johnstone, Arbroadth. Nie „został kawalerzystą”, bowiem od maja 1940 brygada była formowana jako jednostka zmechanizowana, kompletowała motocykle, samochody, transportery opancerzone. Awansowany na stopień podporucznika ze starszeństwem od 16 lutego 1943, zatem prawie dwa lata później.

 

Audley-End--250x168 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak20/ str 14 – jest: „(…) słowa „Wywalcz Jej wolność lub zgiń” wypisane na mapie w świetlicy w ośrodku szkoleniowym w Audley End (…)”  –  powinno być: „(…) słowa „Wywalcz Jej wolność lub zgiń!” wypisane na mapie w sali wykładowej ośrodka szkoleniowego STS 43 w Audley End (…)”

 

21/ str 15 – ewidentne brednie, jest: „Szkolenie prowadzone zgodnie z najwyższymi standardami Special Operations Executive i brytyjskich oddziałów commando (…)” – powinno być: „Szkolenie prowadzone zgodnie z najwyższymi standardami wypracowanymi przez przedwojenny Sztab Główny Wojska Polskiego, Oddział VI (Specjalny) Sztabu Naczelnego Wodza, w późniejszym okresie także przez brytyjskie Special Operations Executive”. Szkolenie Cichociemnych w ok. 30 specjalnościach w ok. 50 ośrodkach SOE prowadzone było zgodnie z zapotrzebowaniem zgłoszonym przez Armię Krajową, w zdecydowanej większości według polskich programów szkoleniowych oraz przez polskich instruktorów. SOE w sporej mierze działało według polskich wzorców.

 

22/ str. 15, 48, 53, 57, 70, 179, 180, 182 – jest, użyte w odniesieniu do Cichociemnych sformułowanie: „elew” – powinno być: uczestnicy szkoleń, kursanci itp. Pojęcie „elew” oznacza żołnierza służby przygotowawczej, szkolącego się na szeregowego. Nigdy wcześniej pojęcie to nie oznaczało oficerów uczestniczących w szkoleniach. Zdecydowana większość Cichociemnych była oficerami.

 

23/ str. 21 – jest: „Czyż mogło budzić zaufanie wojsko obwieszone bidonami, pod ustawicznym rauszem i wiecznie rozdyskutowane” – powinno być: „Czyż mogło budzić zaufanie wojsko obwieszone bidonami, pod ustawicznym rauszem, okręcone szalami, rozchełstane, z rękami w kieszeniach i wiecznie rozdyskutowane”, nierzetelny cytat z książki Cichociemnego Ryszarda Nuszkiewicza (Uparci, 1983, s.13)

 

800px-Papeteria_oficera-spadochroniarza--215x350 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak24/ str. 22  – w kontekście tworzenia wojsk spadochronowych jest: „(…) brakowało otwartych na nowości umysłów. Sztab był zajęty bieżącymi sprawami” – Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze, Oprócz Niemiec i Rosji Polska była w ścisłej światowej elicie państw tworzących wojska powietrznodesantowe. Pierwsza publikacja nt. ofensywnego wykorzystania spadochronu ukazała się w Polsce, dziesięć lat przed wojną – w 1929. Już 1 kwietnia 1929, w Jabłonnej pod Warszawą rozpoczęto produkcję licencyjnych spadochronów Polski Irvin. Spadochroniarstwo rozpoczęło się w Polsce na dobre od 1936, uruchomiono sześciostopniowe szkolenie spadochronowe w czterech ośrodkach: Bydgoszcz, Bezmiechowa, Biała Podlaska, Legionowo. W 1937 wykonano w kraju łącznie aż 31.440 skoków. Polscy skoczkowie do 1938 wykonali ok. 25 mniejszych oraz 4 większych (40-60 skoczków) desantów. Zorganizowali ponadto także pokazy spadochronowe w Holandii, Luksemburgu, na Łotwie, na Węgrzech. W Polsce wybudowano 16 wież spadochronowych. Pierwszy wojskowy kurs spadochronowy (raczej o charakterze sportowym) zorganizowano w 1937 w Legionowie, dla wybranych słuchaczy Szkół Podchorążych wszystkich rodzajów broni – rozpoczął on tworzenie oddziałów spadochronowych w przedwojennym Wojsku Polskim.

We wrześniu 1938 przeprowadzono ćwiczenia międzydywizyjne na Wołyniu, w planie ćwiczeń przewidziano zrzut na spadochronach grup dywersyjnych. Wiosną 1939, w reakcji na agresywne działania Niemiec oraz narastającą groźbę wojny, w Sztabie Głównym Wojska Polskiego przyjęto, iż jednym z elementów planu przeciwdziałania niemieckiej agresji będzie zrzucanie na teren Prus Wschodnich bojowych grup desantowych. Tajnym rozkazem WSWojsk. L.dz. 2676/tjn. z 10 listopada 1938 rozpoczęto formowanie Wydzielonego Dywizjonu Towarzyszącego z 4 Pułku Lotniczego w Toruniu; jego zadaniem było lotnicze wsparcie polskiego Korpusu Interwencyjnego w przypadku próby zajęcia Gdańska przez Niemców. W maju 1939 w Bydgoszczy, przy 4 Pułku Lotniczym, utworzono Wojskowy Ośrodek Spadochronowy. Jego zadaniem było szkolenie grup desantowych do wykonywania na tyłach wroga zadań specjalnych. Planowano w lutym 1940 sformowanie pierwszego polskiego batalionu spadochronowego. Na początku czerwca 1939 uruchomiono pierwszy, zaraz potem drugi kurs dla spadochroniarzy do zadań specjalnych. Trzeci kurs nie rozpoczął się z powodu wybuchu wojny.

Śmiała i nowatorska koncepcja rozwoju polskich wojsk powietrznodesantowych była rozwijana pomimo przegranej we wrześniu 1939. M.in. na konferencji w Belgradzie (29 maja – 2 czerwca 1940) z udziałem reprezentantów Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej z Paryża, konspiracji krajowej oraz baz łączności w Budapeszcie i Bukareszcie dyskutowano nad dwiema koncepcjami wykorzystania formacji spadochronowych. Generałowie: Sikorski, Sosnkowski, Tokarzewski oraz płk. Rowecki opowiadali się za wykorzystaniem spadochroniarzy do łączności z okupowana Polską. Grupa oficerów, tzw. „Chomików”, reprezentowana przez (także związanych z WOS) późniejszych współtwórców Cichociemnych – kpt. dypl. Jana Górskiego oraz kpt. dypl. Macieja Kalenkiewicza postulowała użycie skadrowanych jednostek powietrznodesantowych do wsparcia powstania powszechnego w okupowanej Polsce, w ostatniej fazie wojny. W październiku 1940 w Oddziale III Sztabu Naczelnego Wodza powstał Wydział Studiów i Szkolenia Wojsk Spadochronowych. Idea nawiązania łączności z Krajem stała się początkiem historii 316 Cichociemnych – żołnierzy Armii Krajowej w służbie specjalnej…

 

25/ str. 23 – jest: „Dzwoniły telefony, stukały klawisze maszyn do pisania. Generał Juliusz Rómmel wolnym krokiem obchodził stół, dyktując adiutantowi treść oświadczenia: „Dane mi przez Naczelnego Wodza w porozumieniu z rządem pełnomocnictwo dowodzenia w wojnie z najazdem na całym obszarze Państwa przekazuję gen. bryg. Michałowi Tadeuszowi Tokarzewskiemu – Karaszewiczowi z zadaniem prowadzenia dalszej walki o utrzymanie niepodległości i całości granic” – nierzetelny cytat, ponadto Śledziński pominął istotny fakt, że to „pełnomocnictwo” dotarło do dowódcy garnizonu warszawskiego gen. Romla nie przez telefon – lecz w wyniku pierwszej polskiej operacji specjalnej podczas II wojny św.

Mianowicie, 26 września 1939 na Polu Mokotowskim w Warszawie wylądował samolot – prototyp polskiego lekkiego bombowca PZL 46 „Sum”, wykradziony z lotniska w Bukareszcie (Rumunia), którym z takim rozkazem (pełnomocnictwem) przyleciał do walczącej Warszawy wysłannik Naczelnego Wodza, przedwojenny organizator polskiej siatki dywersyjnej w Niemczech, mjr Edmund Galinat.

 

Szesnastu-248x300 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak

Lista szesnastu „chomików”

26/ str 26 – jest: „Kapitan Górski chodził po pokoju (…) zatrzymał się i wskazując palcem maszynę do pisania, po wiedział szybko: – Proszę pisać. „Przedstawiam grupę oficerów, wychowanków Wyższej Szkoły Wojennej, pragnących wziąć udział w desantach spadochronowych w Kraju. (…) Wziął kartkę z rąk sekretarki (…) zwrócił się do siedzącego obok Kalenkiewicza (…) – Jeszcze tylko trzeba przygotować listę szesnastu oficerów gotowych do skoku w kraju – powiedział Kalenkiewicz” – Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze, lista szesnastu oficerów powstała jako pierwsza, zgłoszenie napisał Jan Górski własnoręcznie, a nie na maszynie do pisania, bez udziału Kalenkiewicza i urojonej przez Śledzińskiego „sekretarki”. Zgłoszenie było załącznikiem do raportu pt. „Użycie lotnictwa dla łączności i transportów wojskowych drogą powietrzną do Kraju oraz dla wsparcia powstania. Stworzenie jednostek wojsk powietrznych” – co Śledziński nierzetelnie przemilczał…

 

27/ str. 27 – jest, w kontekście w/w raportu: „od wiosny 1940 roku (…) Polska dysponowała konkretnym planem organizacji wojsk powietrznodesantowych” – Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze. Takim planem „Polska dysponowała” od 1937 roku, później, m.in. w związku z wojną, plan był modyfikowany. Wbrew wywodowi Śledzińskiego wiosna nie rozpoczyna się 14 lutego (data złożenia raportu), ale 21 marca…

 

28/ str. 28 – jest, w kontekście działań Polaków oraz Armii Krajowej: „osaczeni szybko pokazali kły” – chamskie określenie przez Śledzińskiego Polaków – obrońców Ojczyzny.

 

29/ str 31 – jest nierzetelna, skrajnie prorosyjska opinia Śledzińskiego: „Rząd JKM nie mógł i nie chciał narażać swoich obywateli na konsekwencje wmieszania Wielkiej Brytanii w spór o polskie Kresy Wschodnie” – powinno być rzetelne wskazanie, że rząd brytyjski był bezczynny po agresji Sowietów 17 września 1939 na Polskę, pomimo iż był związany umową z Polską. Osobliwy „patriotyzm” Śledzińskiego wyraża się usprawiedliwianiem rosyjskiej agresji, brytyjskiej bierności oraz lekceważeniem dramatycznego dla Polaków faktu, iż ZSRR zagarnął siłą około połowy (42,1 proc.) ówczesnego terytorium naszej Ojczyzny oraz pozbawił wolności 13,7 mln obywateli II Rzeczpospolitej…

 

30/ str. 34 – jest: „Latem 1940 roku Górski i Kalenkiewicz zasypali sztab projektami budowy „ośrodków wyszkolenia desantowego dla grupy oficerów łączności z Krajem (…)” – powinno być: złożyli memorandum (jedno, a nie „projekty zasypujące sztab”) dotyczyło ono: 1/ Zorganizowania eskadry łączności z Krajem, 2/ Stworzenia ośrodków wyszkolenia desantowego dla: grupy oficerów łączności z Krajem, grupy dywersyjnej, oddziałów spadochronowych, dowódców oddziałów transportowych drogą lotniczą do Kraju (np. Erdman, Droga do Ostrej Bramy, s. 113)

 

31/ str. 34-35 – jest: „Stagnacja trwała do opublikowania przez Kalenkiewicza artykułu „O zdobywczą postawę polskiej polityki” – Śledziński pominął istotne fakty: autorów było więcej, artykuł był pisany wspólnie przez Jana Górskiego oraz Macieja Kalenkiewicza – patrz wpis w pamiętniku Kalenkiewicza: „5.XI.40 (…) Mój artykuł „O zdobywczą postawę polskiej polityki” – mocny i dobry. Co najtęższe myśli podchodzą w nim od Jana Górskiego”. W nocie końcowej artykułu podkreślono: „jest to wynik pracy myślowej całego zespołu kolegów, wspólnej wymiany zdań i poglądów”.

 

37-550-1-1-232x300 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak

skoczek po wylądowaniu, plik NAC

32/ str. 35 – jest: „Na zakończenie śniadania gen. Sikorski poinformował Kalenkiewicza o formowaniu polskiej jednostki spadochronowej i rozpoczęciu przygotowań do lotów do kraju”. Nie jest znane źródło takiego „poinformowania” Kalenkiewicza przez Sikorskiego. Faktycznie to Kalenkiewicz zaprezentował gen. Sikorskiemu koncepcję lotniczej łączności z Krajem, w tym utworzenia jednostki powietrznodesantowej.

Bezpośrednim skutkiem śniadania u Sikorskiego było utworzenie w październiku 1940 Wydziału studiów i szkolenia wojsk spadochronowych w Oddziale III Sztabu Naczelnego Wodza oraz wydanie rozkazu L.408/II w sprawie przygotowania Polskich Sił Zbrojnych do możliwości przerzucenia transportem lotniczym do kraju, do bezpośredniego wsparcia i osłony Powstania. 4 listopada 1940 ppłk. dypl. Wilhelm Heinrich, szef tego Wydziału otrzymał rozkaz opracowania zasad organizacji i wyposażenia wojsk spadochronowych oraz instrukcji dla oddziałów spadochronowych (desantowych). 5 listopada 1940 Naczelny Wódz rozkazał Inspektorowi Polskich Sił Powietrznych przygotowanie niezbędnego sprzętu i personelu.

21 stycznia 1941 rozkazem nr 126/III/ Szef Sztabu Naczelnego Wodza wyznaczył do działań dywersyjnych 4 Brygadę Kadrową Strzelców. 18 lutego 1941 rozkazem nr 262/III/ zdecydował utworzyć bataliony strzelców spadochronowych w 1 Brygadzie Strzelców oraz Brygadzie Kawalerii. 1 marca 1941 utworzono polski ośrodek spadochronowy w Largo House pod Leven (Largo Low, hrabstwo Fife, Szkocja, Wielka Brytania). Rok po śniadaniu u Sikorskiego, rozkazem z 23 września 1941 (formalnie wydanym 9 października) Naczelny Wódz utworzył jednostkę powietrznodesantową – 1 Samodzielną Brygadę Spadochronową. Warto dodać, że przed wojną Sztab Główny Wojska Polskiego zaplanował sformowanie pierwszego batalionu spadochronowego na luty 1940.

 

Colin-Gubbins-257x350 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak

Colin Gubbins

33/ str 38-39 – jest: „Podziemna wojna była sztuką nie znaną w Anglii w 1940 r. Nie było żadnych podręczników dla nowo zwerbowanych funkcjonariuszy [SOE]” – Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze. Zarówno polskie jak i brytyjskie koncepcje działań sabotażowo – dywersyjnych (nazywanych „wojną nieregularną”, „dywersją pozafrontową”) pojawiły się jeszcze przed II wojną św., współpraca polsko – brytyjska w tym zakresie także została nawiązana przed wybuchem wojny. Brytyjski podręcznik wojny partyzanckiej jeszcze przed wybuchem wojny w 1939 napisał Collin Gubbins, pierwszy dyrektor SOE ds. operacyjnych i szkoleniowych, późniejszy szef SOE.

 

34/ str. 39 – jest: „Powierzenie Gubbinsowi stanowiska szefa wyszkolenia i operacji nadało SOE „wojskową precyzję” (…)”. Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze, w rzeczywistości chodziło nie o jakąś „precyzję” – ale o profesjonalizm działania. „Przybycie Gubbinsa oznaczało, że SOE dostało profesjonalny kręgosłup” (Roderick Bailey, „Tajna wojna. Historia operacji specjalnych podczas II wojny światowej”, s.38). Przed przybyciem Gubbinsa SOE rządzili bowiem cywile – amatorzy z brytyjskich wyższych sfer, pogrążeni w personalnych intrygach…

 

35/ str 39 – jest: „(…) Harold Perkins. Wojna zaskoczyła go w Polsce, gdzie był przedsiębiorcą w Bielsku – Białej. Znał dobrze język polski i Polaków, stąd jego funkcja szefa polskiej sekcji SOE.” Śledziński nie ma pojęcia o kim pisze – kpt. Harold Perkins był przed wojną rezydentem brytyjskiego wywiadu w Polsce, rola „przedsiębiorcy” była jego „przykrywką” wywiadowczą. Dlatego został szefem polskiej sekcji SOE, bo znał polskie realia (a nie tylko język, jak naiwnie wywodzi Śledziński) – jako przedwojenny rezydent brytyjskiego wywiadu w Polsce.

 

soe-tablica-296x300 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak36/ str. 40 – jest: „SOE odpowiadało za 'koordynowanie wszystkich akcji dywersji i sabotażu’, a 'generalny plan partyzanckich operacji ofensywnych’ musiał być zgodny z 'generalnymi planami strategicznymi prowadzenia wojny’. To zaś znaczyło, że Dalton powinien informować szefów sztabów o zamiarach SOE. Ponieważ do tego samego zobowiązano szefów sztabów, Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Secret Intelligence Service, współpraca tych instytucji zapowiadała się wzorowo. Zapomniano jednak ustalić ich hierarchię, co szybko doprowadziło do rywalizacji” – Śledziński, sądząc po tym, bełkocie, nie ma pojęcia o czym pisze, zwłaszcza o tym jak funkcjonują struktury jakiegokolwiek państwa, w tym rząd oraz służby specjalne.

Po pierwsze rażącym absurdem jest rzekome zobowiązanie SOE do rzekomego „koordynowania wszystkich akcji dywersji i sabotażu” np. w Polsce. Tak sobie mały (intelektualnie) Kacper wyobraża wojnę… Przecież w latach 1942 – 1945 tylko w Polsce oddziały żołnierzy Polski Walczącej przeprowadziły ponad 110 tys. akcji zbrojnych oraz dywersyjnych, w tym ponad 2,3 tys. na transport (m.in. wykolejono 1,3 tys. pociągów z wojskiem i uzbrojeniem). Zabito w walce ponad 150 tys. niemieckich żołnierzy i policjantów oraz kolaborantów. 110 tys. akcji czyli przez 4 lata statystycznie ponad 75 dziennie. Ciekaw jestem niezmiernie, kto w Londynie czy gdziekolwiek indziej mógłby to rzekomo „koordynować”. Takie „ręczne zarządzanie” nie jest możliwe nawet na poziomie większej jednostki taktycznej…

Po drugie idiotyzmem jest wywód Śledzińskiego, iż rzekomo zobowiązano „szefów sztabów” do informowania… „szefów sztabów”; sami siebie raczej nie mieli potrzeby informować. Po trzecie, Śledziński nie rozumie, że „szefowie sztabów” – w rzeczywistości najwyższe dowództwo sił alianckich – CCS (Combined Chiefs of Staff, Połączeni Szefowie Sztabów) nie było strukturą brytyjską, było najwyższym dowództwem aliantów i nie potrzebowało żadnego „ustalenia hierarchii”.

Po czwarte, wśród brytyjskich struktur hierarchia też była ustalona SOE podlegało brytyjskiemu ministrowi wojny ekonomicznej. Wywody Śledzińskiego, że np. brytyjski MSZ miałby być podporządkowany np. brytyjskim służbom specjalnym (SIS), albo że miałby o wszystkich swoich działaniach informować te służby (podległe przecież rządowi, którego MSZ był elementem) – są infantylną brednią.

Po piąte, gry personalne, intrygi itp. są immanentnym elementem składowym każdych działań w obszarze polityki; wyciąganie z tego wniosku, że jakieś ministerstwo, będące częścią rządu, rzekomo „rywalizuje” z podległymi temu rządowi strukturami jest wywodem dziecinnie głupim.

 

37/ str. 40 – jest: „Kiedy podczas wojny okazało się, że SOE musi walczyć nawet o najdrobniejszy sprzęt, rywalizacja nie była już tylko kwestią kaprysu (…)” – Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze; po pierwsze intrygi w środowiskach rządowych czy służb specjalnych zwykle są emanacją rozmaitych interesów, rzadko „kwestią kaprysu”. Po drugie, nie było żadnej urojonej rywalizacji, w szczególności SOE nie „walczyło nawet o najdrobniejszy sprzęt” – jak to wywodzi Śledziński – zwłaszcza z brytyjskim MSZ czy „szefami sztabów”.

 

Pol-bryt-wywiad-1_500px-235x350 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak 38/ str. 40 – w kontekście „żądania karabinów maszynowych, materiałów wybuchowych, karabinów i innej broni” oraz urojonej „rywalizacji” jest: „Pewnym sposobem zaradzenia tej sytuacji było nawiązanie kontaktu z rządami emigracyjnymi. Oczywiście nie rozwiązywało to wszystkich problemów, jednak dawało pojęcie o armiach podziemnych czy nastrojach społecznych na okupowanych terenach” – Śledziński nie ma kompletnie pojęcia o czym pisze.

Według niego zdobywanie informacji wywiadowczych (danych o konspiracyjnym wojsku i nastrojach na okupowanych terenach) przez tajne służby polega na… „nawiązaniu kontaktu z rządami”. To zupełnie nowatorska – i to na skalę światową – koncepcja działań wywiadowczych. Według Śledzińskiego niepotrzebni są do zbierania takich danych agenci (szpiedzy), wysyłani przez służby na miejsce rozpoznawanych terenów (lub tam werbowani) – wystarczy zapytać o te informacje… rządowego urzędnika albo ministra. Założenie, że te osoby ze struktur rządowych zdobywają tego rodzaju informacje poprzez np. telepatię, obserwowanie gwiazd albo wysyłanie swoich sekretarek na miejsce wywiadowczej penetracji jest oczywiście bzdurą do kwadratu. Nigdy w dziejach i nigdzie na świecie mozolna praca wywiadowcza nie była, nie jest i nie może być prowadzona bezpośrednio przez jakikolwiek rząd.

Nie martwi mnie, że Śledziński takimi dziecinnymi teoriami publicznie obnaża swoją głupotę, w końcu każdy ma prawo zrobić samemu z siebie durnia. Przykro mi jednak, że Śledziński haniebnie i publicznie depcze zasługi polskiego wywiadu. W 2005 roku brytyjski rząd publicznie przyznał, że ok. połowa tajnych raportów dla aliantów z okupowanej Europy (ponad 22 tys., tj. 48 proc.) pochodziła od Polaków (a nie od emigracyjnych rządów, jak bredzi Śledziński). W zasięgu polskich struktur wywiadowczych była cała Europa, Ameryka Północna i Południowa, Bliski, Środkowy i część Dalekiego Wschodu, Afryka Północna. Regularne meldunki otrzymywano z Polski, Niemiec, Austrii, Czechosłowacji, Francji, Belgii, Hiszpanii, Holandii, Portugalii, Rumunii, Szwecji, Szwajcarii, Węgier, okupowanych części ZSRR i obu Ameryk. „Polską specjalnością” – czyli terenami gdzie nie funkcjonowały inne siatki wywiadowcze aliantów – były: Polska, Niemcy, Zaolzie, Austria, okupowana część ZSRR, także Afryka Północna. Ale Śledziński opowiada dyrdymały, że SOE pozyskiwała informacje wywiadowcze od rządów na emigracji….

 

39/ str. 41 – w tym kontekście, jest wywód, że „współpraca SOE z rządami”:  „Zmuszała jednak SOE do liczenia się z opinią rządów emigracyjnych, które z obawy przed represjami na ludności cywilnej były zazwyczaj przeciwne przesadnie nasilonej akcji dywersyjnej” – Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze, po pierwsze polityką zagraniczną Wielkiej Brytanii zajmował się brytyjski premier i rząd (głównie MSZ) – a nie podległa mu agenda rządowa SOE. Szef brytyjskiego Special Operations Executive nie mógł samodzielnie współpracować z obcymi rządami.

 

40/ str. 41 – jest infantylna opowieść dziwnej treści o współpracy SOE z Polakami: „Przede wszystkim Brytyjczycy nie wtrącali się do planowania i wykonywania akcji, choć czasem proponowali zadania wynikające ze strategii aliantów. Niemniej decyzje zapadały zwykle w KG ZWZ, a szczegóły wykonania pozostawiano oficerom bezpośrednio odpowiedzialnym za wynik akcji. Ta niezależność operacyjna wymagała samodzielnej sieci radiowej, szyfrów i decydowania o charakterze i liczbie zrzutów, co udało się uzyskać”.

Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze. Podstawowym zadaniem Cichociemnych było wsparcie Armii Krajowej w konspiracyjnej walce w okupowanej Polsce, także przygotowywanie powstania powszechnego, które planowano rozpocząć w ostatniej fazie wojny w Polsce oraz odtworzenie Sił Zbrojnych R.P. po wojnie – także w Polsce. Owszem, byli organizatorami oraz uczestnikami śmiałych akcji bojowych w Polsce, ale nie planowano ich w alianckich (czy tylko brytyjskich) sztabach. Nie jest też tak, jak dziecinnie bajdurzy Śledziński, że „szczegóły wykonania pozostawiano oficerom bezpośrednio odpowiedzialnym za wynik akcji”. Akcje starannie planowano, a „szczegóły wykonania” – jak to jest w każdym wojsku – musiały być zaakceptowane przez dowódcę odpowiedniego szczebla. O zasadach oraz praktyce współpracy pomiędzy polskim Oddziałem VI (Specjalnym) Sztabu Naczelnego Wodza oraz brytyjskim SOE można poczytać np. tutaj.

 

spadochroniarze-01-250x184 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak41/ str. 41 – jest: „(…) polskiej sekcji SOE pozostało zadanie pomocnicze, lecz niezwykle ważne: organizacja wszelkiego rodzaju szkoleń dla polskich agentów i dostarczanie sprzętu.” – Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze, polska sekcja SOE tylko pośredniczyła w kontaktach pomiędzy Oddziałem VI (Specjalnym) a odpowiednimi komórkami brytyjskich władz. Cichociemni w zdecydowanej większości (z nielicznymi wyjątkami) byli szkoleni w ok. 30 specjalnościach w ok. 50 ośrodkach SOE, a także w kilku ośrodkach polskich przez Polaków, Anglicy odpowiadali za sprawy administracyjno – gospodarcze, m.in. za utrzymanie, ochronę oraz zaopatrzenie ośrodków szkoleniowych SOE; szkolono zgodnie z zapotrzebowaniem Armii Krajowej.

„Dostarczanie sprzętu”, ściślej: zaopatrzenie Armii Krajowej (uzbrojenie, wyposażenie, sprzęt, środki łączności, pieniądze itp.) było jednym z zadań Oddziału VI (Specjalnego) Sztabu Naczelnego Wodza. Owszem, w części broń palną, lekki sprzęt przeciwpancerny, amunicję, materiały wybuchowe Oddział VI otrzymywał z brytyjskich magazynów wojskowych, za pośrednictwem polskiej sekcji SOE, która dostarczała go do tzw. stacji pakowania lub magazynów Oddziału VI. Ale od 1943 Oddział VI zaopatrywał się także w zdobyty przez aliantów poniemiecki sprzęt, broń i amunicję bezpośrednio w brytyjskich magazynach przyfrontowych, a także poprzez zakupy w Wielkie Brytanii oraz USA. Radiostacje przekazywane do kraju były całkowicie polskiej produkcji, były tak dobre, że kupowali je od nas także… Anglicy z SOE, SIS oraz Amerykanie z OSS.

Nota bene, poziom anglosaskich służb specjalnych był tego rodzaju, że nawet dla pozyskania danych wywiadowczych z terytorium zdobywanych w 1944 i 1945 Niemiec wysłano… polskich wywiadowców (tzw. Project Eagle). Współpracujący z Polakami brytyjski oficer wywiadu Douglas Doods – Parker ujawnił po wojnie: „Polacy mieli najlepsze służby specjalne w Europie (…) Ponieważ mieli za sobą całe pokolenia tajnej działalności, uczyli nas wszystkich”. Podobną opinię prezentował zastępca szefa amerykańskiego wywiadu wojskowego w 1942 – „[Polacy] mieli najlepszy wywiad na świecie. Jego wartość dla nas była niezrównana”. (Lyne Olson „Wyspa ostatniej nadziei. Anglicy, Polacy i inni” s. 174). „Wywiad polski dostarcza zupełnie nowych i wysokowartościowych informacji. Na ogół sprawozdania polskie są doskonałe ze względu na duży zakres zagadnień, jakie obejmują i ze względu na ich pierwszorzędne znaczenie. Wywiad polski stawiany jest na pierwszym miejscu jako źródło wiadomości dostarczanych sztabowi amerykańskiemu”. (John S. Micgiel „Project Eagle” s. 42-43). A mały Kacper (Śledziński) opowiada dziecinne bajki o zdobywaniu przez SOE informacji wywiadowczych w emigracyjnych rządach….

 

Oddz-VI-01-250x220 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak

Siedziba Oddziału VI

42/ str. 41 – jest wywód, iż Oddział VI został „przemianowany później na Oddział Specjalny, jednak nowa nazwa nie przyjęła się i do końca wojny używano starej” – nie jest znane źródło tego wywodu Śledzińskiego, powszechnie (również w rozkazach i dokumentach), do końca wojny oraz po jej zakończeniu – do likwidacji Oddziału i później, aż do dzisiaj używano nazw: „oddział szósty” oraz „oddział specjalny”.

 

43/ str. 41 – w kontekście Oddziału VI (Specjalnego) jest informacja iż był „zarządzany przez pułkownika dyplomowanego Józefa Smoleńskiego” – w rzeczywistości płk. dypl. Smoleński kierował Oddziałem VI tylko od czerwca 1940 do 15 grudnia 1941, po nim było jeszcze trzech szefów; najdłużej sprawował tą funkcję ppłk dypl. Michał Protasewicz – od 27 marca 1942 do 10 lipca 1944.

 

44/ str. 41 – w kontekście Komendy Głównej ZWZ jest: „rozkazem z 30 czerwca została przeniesiona do okupowanego kraju”. W rzeczywistości KG ZWZ rozwiązano, a nie przeniesiono„(…) Naczelny Wódz zdecydował utworzyć Komendę ZWZ w Kraju (…) sztab dotychczasowej Kmdy Gł. ZWZ zostaje z dniem. 29.VI.1940 rozwiązany, a w jego miejsce zostaje utworzony przy Sztabie Gł. Naczelnego Wodza „Samodzielny Wydział Krajowy” (…)” (Armia Krajowa w dokumentach 1939 – 1945, wyd. Studium Polski Podziemnej, Gryf Printers, wyd. II, Londyn 1984,tom I: wrzesień 1939 – czerwiec 1941, s. 261). Błędna jest też data podana przez Śledzińskiego – KG ZWZ rozwiązano rozkazem Naczelnego Wodza z 29 czerwca 1940 (który wysłano do Polski radiodepeszą z 30 czerwca – stąd zapewne błędna data Śledzińskiego).

 

Tebinka-historia-SOE_1100px-169x250 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak45/ str. 42 – jest: „(…) współpracę między SOE a Sztabem Naczelnego Wodza nawiązano dopiero w grudniu 1940”. Brednie – współpracę nawiązano już w lipcu 1940, jeszcze w fazie organizacji SOE. Mjr dypl. Jan Jaźwiński, organizator wsparcia lotniczego dla Armii Krajowej, szczegółowo opisuje początki tej współpracy; w sierpniu 1940 prowadził już rozmowy z kpt. Perkinsem, którego wkrótce Brytyjczycy mianowali szefem polskiej sekcji Special Operations Executive. współpracę z SOE nawiązano (za zgodą szefa Oddziału VI (Specjalnego) SNW ppłk dypl. Jana Smoleńskiego) bezpośrednio po utworzeniu Oddziału Specjalnego (zwanego także Samodzielnym Wydziałem Krajowym) w Sztabie Naczelnego Wodza, nota bene jeszcze przed podpisaniem 31 lipca 1940 polsko – brytyjskiej umowy w sprawie utworzenia Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii oraz sformowania Sztabu Naczelnego Wodza. Ale Śledziński wywodzi, że „dopiero w grudniu 1940”

W kontekście tego kłamstwa Śledzińskiego nt. współpracy Polaków z SOE warto też przytoczyć opinię prof dr hab. Jacka Tebinki oraz dr hab. Anny Zapalec: „Polsko-brytyjska współpraca w czasie drugiej wojny światowej obejmowała cały wachlarz spraw, począwszy od kontaktów politycznych poprzez prowadzone działania zbrojne i wywiadowcze, jak również sabotaż i dywersję. (…) Polski ruch oporu zaczął kształtować się pod koniec września 1939 r. jako jeden z pierwszych w Europie. Od początku miał unikalny charakter na tle podziemia w innych krajach podbijanych przez państwa Osi. Polacy i Brytyjczycy współpracowali ze sobą jeszcze zanim powstało SOE, mające zajmować się wojną nieregularną oraz organizacjami podziemnymi w Europie. (…) Gdy powstało SOE było niemal rzeczą naturalną, że relacje Brytyjczyków z Polakami w zakresie działań konspiracyjnych będą kontynuowane (…)” (Polska w brytyjskiej strategii wspierania ruchu oporu. Historia Sekcji Polskiej Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), Neriton, Warszawa 2021, ISBN 978-83-66018-94-5 (druk), ISBN 978-83-66018-95-2 (e-book), str.9-10) Zobacz moją recenzję tej książki

 

46/ str. 43 – jest: „(…) koncepcja wojsk spadochronowych wśród aliantów była praktycznie nieznana. Kursy w Legionowie czy Wojskowy Ośrodek Spadochronowy otwarty w Bydgoszczy w maju 1939 roku były tylko skromnymi próbami (…)”. Cóż za wyjątkowo haniebny przykład publicznego deptania szczytnych polskich osiągnięć! Polska była w ścisłej światowej czołówce państw tworzących przed II wojną św. wojska powietrznodesantowe – oprócz nas robili to wówczas jedynie Niemcy i Rosja. Byliśmy przykładem dla Europy i świata – nasz dorobek spadochronowy był pionierski, na tyle, że zastępcą pierwszego komendanta brytyjskiego ośrodka szkolenia spadochroniarzy w Ringway (komendantem sekcji polskiej) mianowano por. pilota Jerzego Góreckiego, właśnie z Wojskowego Ośrodka Spadochronowego w Bydgoszczy. Jego zastępcą i szefem wyszkolenia spadochronowego został ppor. Julian Gębołyś (także z WOS). Znaczną część instruktorów w Ringway stanowili Polacy z WOS. Brytyjczycy chcieli nawet utworzyć brytyjsko – polską dywizję spadochronową i powierzyć jej dowództwo Stanisławowi Sosabowskiemu (dowódcy 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej). Zapewne dlatego – jak kłamliwie twierdzi autor – że polskie doświadczenia „były tylko skromnymi próbami.”

Nota bene, te rzekome „skromne próby” definiują także trzy istotne fakty: 1/ współtwórca Cichociemnych, kpt. dypl. Jan Górski to „twórca projektu opanowania całej Europy poprzez działania armii alianckich, przerzucanych transportem powietrznym” (płk dypl. Leon Mitkiewicz, przedstawiciel Polski w Międzyalianckiej Najwyższej Radzie Wojennej); 2/ kpt. Lucjan Fijuth już w maju 1940 proponował utworzenie Brygady Lotniczo – Desantowej, 3/ współtwórca Cichociemnych kpt. dypl. Maciej Kalenkiewicz postulował przekształcenie całości Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w „Polski Korpus Desantowy i Lotnictwo Wsparcia Powstania”

 

47/ str. 43 – po kłamstwie ws. polskich sukcesów spadochronowych i zdeprecjonowaniu ich mianem „skromnych prób” Śledziński wywodzi, że „zginęły w huku wybuchów wojny polskiej”. Ta „wojna polska” Śledzińskiego to zupełnie nowe określenie quasi historyczne, mające „definiować” wojnę obronną Polski 1939. Dziwne, że nie ma w tej definicji Niemców, że to była „wojna polska” – a nie wojna Niemców z Polską…

 

Uroczystosci_3_Maja_w_Warszawie_-_skoczkowie_LOPP_1939-250x144 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak

Spadochroniarze WOS podczas defilady, 3 maja 1939

48/ str. 43 – jest: „Brytyjczycy (…) z niemieckich oddziałów [spadochronowych] czerpali pierwsze wzory. Dopiero w latach 1941 -1942 rozwinęła się brytyjska szkoła skoków oraz powstała 1. Dywizja Powietrznodesantowa.” Śledziński znowu, po raz kolejny haniebnie przemilcza polskie sukcesy, które były także wzorem dla aliantów. Już w styczniu 1941 płk dypl. (później generał) Stanisław Sosabowski rozpoczął formowanie polskiej 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej. 18 lutego 1941 powstały polskie bataliony strzelców spadochronowych w 1 Brygadzie Strzelców i Brygadzie Kawalerii. Brytyjski 1 Batalion Spadochronowy utworzono dopiero 15 września 1941, a brytyjską 1 Dywizję Powietrznodesantową dopiero pod koniec 1941. Amerykańska 1 Brygada Piechoty Spadochronowej powstała jeszcze później, bo 30 lipca 1942. Tego, że Polacy byli jednymi z pierwszych na świecie Śledziński nie chce albo nie potrafi zauważyć.

 

49/ str. 44 – jest: „Drzwi Central Landing School, z czasem przemianowanej na Parachute Training School, były otwarte dla ochotników i żołnierzy oddziałów spadochronowych wszystkich alianckich armii. Tak więc praktycznie szkoła działała na okrągło, przyjmując Brytyjczyków, Norwegów, Czechów, Holendrów, Francuzów i oczywiście Polaków” – Śledziński przemilczał, że zastępcą brytyjskiego komendanta ośrodka został por. pilot Jerzy Górecki, jego zastępcą i szefem wyszkolenia spadochronowego ppor. Julian Gębołyś – obaj najlepsi instruktorzy z WOS w Bydgoszczy. Polacy, żołnierze bydgoskiego WOS byli też instruktorami, przeszkolili 4825 spadochroniarzy – Belgów, Francuzów, Norwegów, Czechów, Polaków.

 

The-Polish-Parachute-Training-Centre-at-Largo-House-Fifeshire-267x350 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak50/ str. 70 – Śledziński wywodzi, w kontekście ośrodka szkolenia spadochronowego 1 SBS w Largo House pod Leven (Largo Low, hrabstwo Fife, Szkocja, Wielka Brytania) oraz polskiej techniki lądowania po skoku – „Ten styl opracował podporucznik Julian Gębołyś, zastępca porucznika Jerzego Góreckiego, szefa polskiej sekcji służby spadochronowej”. To dość zabawne, że wg. Śledzińskiego w polskim ośrodku spadochronowym 1 SBS istniała rzekomo jakaś „polska sekcja”. W istocie Śledzińskiemu poplątały się przygotowane do kompilacji treści od innych autorów. Sekcja polska istniała w brytyjskim ośrodku szkolenia spadochronowego w Ringway, natomiast ośrodek w Largo House był polski w całości.

 

51/ str. 46 – w kontekście komendanta STS 25 jest: „majora Staceya, noszącego na rękawie naszywki 6. Commando” – w rzeczywistości była to naszywka „six commando” – nie oznaczała przynależności do jednostki komandosów, lecz oznaczała wydział specjalny w brytyjskim ministerstwie wojny…

 

52/ str 46 – w kontekście ośrodka szkoleniowego Inverlochy (STS 25) jest: „(…) Ben Nevis, najwyższy szczyt gór Grampian, wznoszący się na 1344 m. n.p.m, obowiązkowy cel wycieczek szkolonych w zamku oficerów.” – powinno być: „(…) Ben Nevis, najwyższy szczyt Szkocji (w paśmie gór Grampian), zaliczony do Korony Europy, wznoszący się na 1345 m. n.p.m. Był obowiązkowym celem dla szkolonych oficerów.” Warto dodać, że jednym z zadań podczas kursu w STS 25 było… samotne zdobycie tego szczytu (od strony stromego, północno – wschodniego stoku). Cichociemny Antoni Pospieszalski wspominał, że zajęło mu to sześć godzin.

Inicjatorem tego kursu (tzw. Kurs Wielkiej Dywersji, nazwa Śledzińskiemu nieznana) był płk Stanisław Sosabowski, uczestniczyło w nim 46 oficerów oraz dwóch podchorążych 4 BKS. Śledziński wymienia jako uczestników kursu Cichociemnych: Jana Piwnika oraz Eugeniusza Kaszyńskiego, ale pomija (w całej książce) także w nim uczestniczącego, niezwykle zasłużonego Cichociemnego Adama Boryczkę. Z dość szczegółowego opisu tego kursu, opublikowanego w znakomitej książce przez (szefa grupy kursantów) Władysława Stasiaka „W locie szumią spadochrony” Śledziński niezbyt dużo zrozumiał. Stasiak pisze m.in. o „zdobywaniu odpowiedniej kondycji fizycznej, (…) zajęciach w terenie (…) marszach po górach”. Pisze jednoznacznie: „(…) obowiązywała nas wspinaczka na na najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii – Ben Nevis.” (s. 36) Śledziński kłamliwie pisze zaś nie o wspinaczce, lecz o „obowiązkowym celu wycieczek szkolonych oficerów”...

cc-commando_training-300x338 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo ZnakŚledziński pomija też fascynujący, mało znany publicznie fragment nowatorskiego szkolenia cichociemnych w walce wręcz oraz nożem, które prowadzili – jak to ujął Stasiak – „dwaj Brytyjczycy, byli policjanci zatrudnieni niegdyś (…) w południowo – wschodniej Azji”. Stasiak pisze o tym jednym zdaniem, a Śledziński wcale. A szkoda, bo to niezwykle ciekawe – mowa o kpt. Williamie E. Faibarn’ie oraz Eric’u A. Sykes’ie, policjantach z Szanghaju, przedwojennej światowej stolicy zbrodni, twórcach pierwszej na świecie jednostki sił specjalnych szanghajskiej policji typu SWAT – Shanghai Riot Squad. Zachęcam do przeczytania mojego artykułu na ten temat – Cichociemni, IRA i chińska mafia

 

53/ str. 47 – Śledziński przepisuje słowa z książki Stasiaka nt. szkolenia strzeleckiego – „szybkiego oddawania celnych strzałów bez użycia przyrządów celowniczych” ale nie zrozumiał, że była to awangardowa wówczas na świecie technika strzelania instynktownego, nazwana później Point Shooting (też uczyli jej Fairbairn i Sykes). W całej książce Śledzińskiego żadne z tych pojęć czy nazwisk wcale nie występuje. Nota bene, Cichociemni uczyli się strzelać celnie z różnej broni, z rozmaitych miejsc oraz z „dziwnych” pozycji: np. w biegu, podczas wchodzenia czy schodzenia po linie, strzelania z biodra, czy z podrzutu…

 

54/ str. 47 – w odniesieniu do w/w kursu jest (przepisane z Tucholskiego): „kurs zaprawy dywersyjno – minerskiej, strzeleckiej i fizycznej”. Śledziński nie ma pojęcia o czym pisze, poplątał pojęcia – to był kurs dywersyjno – strzelecki; w jego programie była m.in. zaprawa fizyczna oraz zajęcia z uzbrojenia, minerstwa, sabotażu, walki wręcz. Nie ma w ogóle czegoś takiego jak „zaprawa dywersyjna” albo „zaprawa minerska”, choć niektórzy takich niepoprawnych określeń wciąż używają.

 

55/ str. 47 – w kontekście „programów kursów” jest: „trzymano się raz wytyczonych celów, dostosowując szczegóły do wymagań kursantów”. To oczywiście urojenie Śledzińskiego – to kursanci musieli się dostosować do wymogów szkolenia specjalnego, a nie odwrotnie. Rzecz jasna zbierano opinie, co w programie kursu zmienić i jak go ulepszyć – ale dopiero po zakończeniu kursu, a nie w jego trakcie. Dość zabawny jest dziecinny wywód Śledzińskiego, że żołnierze podczas szkolenia rzekomo mogli wymagać od przełożonych czego by się chcieli uczyć…

 

56/ str. 48 – w kontekście szkolenia strzeleckiego (Śledziński dotąd nie wie, że instynktownego) jest: „Huk wystrzałów zagłuszał szum przebijających się przez krzaki tarcz, zresztą te pojawiały się błyskawicznie, jedna po drugiej”. Nie wiem, przez jakie krzaki Śledziński się przebijał, ale kilkadziesiąt lat temu ruchomych tarcz nie było nawet na najbardziej zaawansowanych szkoleniach strzeleckich podczas wojny. Systemy szkoleniowe do strzelań sytuacyjnych, z ruchomymi celami, trenażery, symulatory interaktywne itp. wymyślono znacznie później.

 

Orzel_AK-244x300 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo Znak57/ str. 51, 54 (Piwnik), 57, 66 – jest określenie Cichociemnych jako „agentów SOE”. To oczywiste brednie – Cichociemni byli żołnierzami (w służbie specjalnej) konspiracyjnej Armii Krajowej, a nie czyimiś „agentami”. Podlegali wyłącznie Komendzie Głównej Armii Krajowej – a nie brytyjskiej SOE. Co więcej, Anglicy nie byli nawet w stanie w jakikolwiek sposób nadzorować Cichociemnych, bo zwykle nie znali nawet ich nazwisk, a nawet pseudonimów! Poza tym w okupowanej Polsce nie działał ani jeden aliancki agent – w Polsce funkcjonowały wyłącznie siatki wywiadowcze Armii Krajowej.

 

58/ str. 113 – jest piramidalna bzdura: „Cichociemni należeli do międzynarodowej grupy agentów SOE (…) istotą ich działania były szeroko pojęte operacje specjalne na terenie różnych krajów Europy, Afryki i Azji” (…) mieli do wykonania konkretną misję. Zespół agentów był dobierany pod kątem tego jednego zadania. (…) Na wykonanie tego zadania zazwyczaj mieli kilka dni, po czym wracali „do domu”. Nie sposób rzeczowo odnieść się do takich urojeń Śledzińskiego; ale można poprosić, aby wskazał choć jednego Cichociemnego „z Europy, Afryki i Azji” albo choć jednego Cichociemnego, który skoczył do Polski aby „wykonać jedno zadanie” – a potem „po kilku dniach” wrócił do domu. Śledzińskiemu Cichociemni ewidentnie pomylili się z agentami SOE.

Warto w tym kontekście zacytować słowa uczestnika pierwszego „Kursu Wielkiej Dywersji” w Inverloche Władysława Stasiaka, nt. sytuacji zaraz po powrociez tego kursu do 4 BKS – „(…) przyszedł do mnie jeden z kolegów z innego oddziału ppor. Józef Wija- znany w brygadzie dowcipniś i złośliwiec (…) zaczął mnie męczyć pytaniami, gdzie byliśmy? Co robiliśmy? Odpowiedziałem mu, że przecież dobrze wie, że mamy cicho siedzieć i nic o kursie nie mówić, bo to jest tajemnica. On złośliwie, rysując palcem kółko na czole, powiedział: „ty ciemniaku, nawet mnie nie ufasz? Taki jesteś cicho-ciemniak!”. Ppor. Wija nawet nie przypuszczał, że jego słowa zrobią wielką karierę. Wszystkich uczestników kursu z biegiem czasu zaczęto nazywać „Cichociemnymi”, a w przyszłości tych, którzy byli zrzucani na spadochronach w Polsce” (s.41-42).

Dodać należy, że po raz pierwszy nazwa „Cichociemni” została oficjalnie użyta w instrukcji szkoleniowej Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza z września 1941 pt. „Codzienne życie w Kraju. Szkic dla skoczków do września 1941 r.”. W pierwszym zdaniu czytamy: „Praca niniejsza ma za zadanie ułatwienie „cicho-ciemnym” zaaklimatyzowanie się w Kraju (…)” (źródło: Jędrzej Tucholski, Cichociemni, PAX, Warszawa 1985, s.75, przypis 81, ISBN 83-211-0537-8).

Dziewięć lat po wojnie (5 lutego 1954) ówczesny szef Ministerstwa Obrony Narodowej gen. Tadeusz Malinowski ustanowił dla 316 Cichociemnych pamiątkową odznakę kombatancką – Znak dla Skoczków do Kraju.

 

znak-ignorancji-300x187 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo ZnakWskazane błędy w pseudohistorycznej tandecie Śledzińskiego i „Znaku” – udającej „książkę popularnonaukową – to tylko zauważone najistotniejsze błędy z 1/4 książki – lecz nie wszystkie. Wkrótce omówię błędy z pozostałem części książki. Jestem porażony skalą kłamstw, nieścisłości i przeinaczeń. Przede wszystkim zdumiewająco istotną rangą błędów merytorycznych, których dopuściło się wydawnictwo „Znak” oraz autor Kacper Śledziński. To nie są drobne nieścisłości, podobnie jak w przypadku okładki książki – to są błędy fundamentalne!

Wydawnictwo „Znak” oraz autor Kacper Śledziński wspólnie i w porozumieniu stawiają znak równości pomiędzy hitlerowskimi zbrodniarzami a polskimi Bohaterami. Wybielają zbrodniarzy komunistycznych. Wywodzą że Cichociemnych było 300 – a nie 316. Kłamią, że Cichociemni byli agentami SOE, zadaniowanymi przez Brytyjczyków. Usprawiedliwiają zaniechania Brytyjczyków. Przyjmują sowiecką optykę. Fałszują fakty, manipulują cytatami, stawiają zdumiewająco ahistoryczne tezy. Kolokwialnie rzecz ujmując – „robią ludziom wodę z mózgu”…

 

 


 

W reakcji na intelektualne oszustwo Śledzińskiego i wydawnictwa „Znak” rozpoczynamy kampanię społeczną:

 

 

NIE  KUPUJ  ŚMIECI 

udających książki popularnonaukowe!

 

Na miano „śmieci” zasłużyły oba wydania pseudohistorycznej tandety Śledzińskiego i „Znaku”, z 2012 oraz z 2022 (Kacper Śledziński, Cichociemni. Elita polskiej dywersji, Znak, Kraków 2022, ISBN 978-83-240-87-47-1 oraz Znak Kraków, 2012, ISBN 978-83-240-2191-8).

 

NIE-KUPUJ-SMIECI-sledzinski-znak-300x208 Nie kupuj śmieci - książka Śledzińskiego, wydawnictwo ZnakNie dajmy się oszukiwać

nie kupujmy książek

nierzetelnych, nawet kłamliwych!

Kampania będzie prowadzona dotąd, dopóki wydawnictwo „Znak” nie naprawi szkód spowodowanych dziesięcioletnim rozpowszechnianiem bzdur na temat Cichociemnych – elity Armii Krajowej.

Dopóki nie wprowadzi procedur weryfikacji publikowanych treści.

 

Wzywam wydawnictwo „Znak” – przestańcie być znakiem ignorancji!

Ryszard M. Zając
wnuk  Cichociemnego

cichociemni (at) elitadywersji.org


 

 

Skandaliczne szyderstwo

sledzinski-elita-2022-171x250 Skandaliczne szyderstwoPo prostu brak słów – to najczęstszy komentarz do okładki tej książki. „Cichociemni. Elita polskiej dywersji” – to wspólne, najnowsze „dzieło” krakowskiego wydawnictwa „Znak” oraz autora, którym jest uważający się za znakomitego historyka Kacper Śledziński. W książce jest też niemało  dziwnych, ahistorycznych treści, jakby z osobliwej antologii czarnego humoru zeszytów szkolnych…

 

Nie jest mi do śmiechu. Brak słów, ale przecież pomimo dotkliwego bólu należy publicznie zabrać głos w tej bulwersującej sprawie. To bardzo trudne, ale muszę. Jestem wnukiem jednego z 316 Cichociemnych spadochroniarzy Armii Krajowej. Czuję się jakby ktoś publicznie, z wielkim impetem splunął mi w twarz, podeptał moją godność, dotkliwie ugodził w mój osobisty kult pamięci po zmarłym Dziadku Cichociemnym. Splunął w twarz wszystkim Rodzinom Cichociemnych, wszystkim Polakom dla których Cichociemni wciąż słusznie stanowią wzór bohaterstwa i patriotyzmu.

skoczek-luftwaffe-300x233 Skandaliczne szyderstwoW mojej ocenie ta książka – szczególnie jej okładka – jest skandalicznym szyderstwem z pamięci o Bohaterach, elicie Armii Krajowej – Cichociemnych spadochroniarzach AK. Co gorsza, autor, projektant okładki oraz wydawnictwo już od kilku tygodni wiedzą, jak straszny popełnili błąd (napisało do nich w tej sprawie co najmniej kilka osób). I co? – i… nic. Chcą skandal przemilczeć?! Czy obłuda, ignorancja oraz chciwość mają zwyciężyć? Czy dla nich liczą się tylko zyski ze sprzedaży, a nie jakaś tam prawda historyczna…? Mam nadzieję, że to nie są pytania retoryczne i jakąś odpowiedź jednak usłyszymy.

Wzburzenie i rozpacz nie pozwalają mi pisać. Sądziłem dotąd, że po skandalicznej książce Krzysztofa Tochmana, wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej (sic!), w której aż roiło się od merytorycznych błędów już nic gorszego stać się nie może. A jednak stało się – autor Kacper Śledziński, projektant okładki Marcin Słociński oraz zasłużone (dotąd) wydawnictwo „Znak” publicznie zadrwili sobie z Cichociemnych, podeptali wciąż żywą (jeszcze?) pamięć o Nich…

 

Bezczelnie fałszywy symbol

info-zdjecia-176x250 Skandaliczne szyderstwoZacznijmy od początku – okładka. Jak czytamy w tzw. metryce wydawniczej książki, autorem okładki jest Marcin Słociński. Po wiadomości ode mnie już usunął ze swojej strony internetowej (oraz z Instagrama) własny projekt tej okładki – może zrozumiał, że nie ma się czym chwalić. W metryce książki znajduje się także – fałszywie uwiarygadniająca skandaliczną okładkę – informacja: „Fotografie wykorzystane na okładce i w książce pochodzą z archiwum generała Stefana Starby Bałuka i zostały pozyskane za pośrednictwem Narodowego Archiwum Cyfrowego lub bezpośrednio od właściciela”.

Ringway-2-300x216 Skandaliczne szyderstwoDla każdego, kto ma choćby odrobinę wiedzy o spadochroniarstwie – a zwłaszcza o Cichociemnych – jest jasne, że okładkowe zdjęcie tej książki nie ma i nie może mieć nic wspólnego z polskimi spadochroniarzami, a zwłaszcza z Cichociemnymi.

Po pierwsze: typ spadochronu – ewidentnie nie jest to spadochron plecowy typu Irwin QD, z którym skakali Cichociemni. Po drugie: umundurowanie nie przypomina ani trochę kombinezonu w którym skakali Cichociemni. Wreszcie po trzecie: Cichociemni nie skakali przez drzwi samolotu lecz przez „dziurę” w jego podłodze. Jedynym wyjątkiem był skok dwóch Cichociemnych z  samolotu Armstrong Whitworth Whitley.

Stało się coś skandalicznie odrażającego, szyderczego i strasznego – symbolem Cichociemnych uczyniono hitlerowskiego strzelca spadochronowego, zbrodniczego fanatyka Adolfa Hitlera…

 

Napisałem do autora okładki:

„Zmuszony jestem poinformować, że jako wnuk Cichociemnego jestem głęboko dotknięty Waszym projektem okładki do książki: Kacper Śledziński. Elita polskiej dywersji, Znak 2022. W szczególności nie uważam za prawdziwy opis, jakoby zdjęcie okładkowe miało zostać pozyskane „z archiwum generała Stefana Starby Bałuka” a nawet „za pośrednictwem Narodowego Archiwum Cyfrowego”. Nie przedstawia ono bowiem żadnego z polskich skoczków, a zwłaszcza żadnego Cichociemnego.

W mojej ocenie naruszono moje dobra osobiste, tj. kult pamięci zmarłej osoby – mojego Dziadka Cichociemnego – poprzez skandalicznie szyderczą treść w/w okładki. 

Proszę o wskazanie rzeczywistego źródła zdjęcia skoczka spadochronowego z okładki oraz udzielenie stosownych wyjaśnień. Brak reakcji na niniejszy mail może spowodować wystąpienie przeze mnie do sądu z pozwem o ochronę dóbr osobistych.

Informuję, że z podobnej treści wezwaniem zwróciłem się także do Wydawnictwa Znak oraz Narodowego Archiwum Cyfrowego. Znany jest mi zbiór zdjęć Stefana Bałuka, jednak nie zauważyłem w nim przedstawionej na okładce książki fotografii skoczka. Oczekuję niezwłocznej odpowiedzi.”

 

Projektant okładki Marcin Słociński. odpowiedział: „Przykro nam że poczuła się Pan urażony [tak w oryginale – RMZ] wspomnianym projektem. Nie było naszym założeniem by szydzić z kogokolwiek/czegokolwiek.

Nie do końca jednak rozumiemy w którym miejscu niniejsza okładka jest skandalicznie szydercza. Jej zamierzenie nie było dosłowne przedstawienie któregokolwiek z Cichociemnych tylko raczej spadochroniarza jako symbolu tej formacji funkcjonującego w świadomości społecznej.

Okładka powstała na zamówienie wydawnictwa i na podstawie wytycznych które otrzymaliśmy. Była konsultowana z autorem.” Projektant okładki nie ujawnił źródła pozyskania fotografii użytej do zmajstrowania fałszywego „symbolu Cichociemnych”. Poza tą jedną odpowiedzią nie było żadnych wyjaśnień – ani przeprosin.

 

Skradzione zdjęcie?

NAC-logo-300x210 Skandaliczne szyderstwoKilka lat temu, prawie na początku realizacji Projektu Cichociemni w swojej pracy nad upamiętnianiem Cichociemnych, do Narodowego Archiwum Cyfrowego zwróciłem się z prośbą o pomoc. Dzięki życzliwości ówczesnego dyrektora NAC życzliwie udostępniono mi setki cyfrowych artefaktów dotyczących głównie Cichociemnych oraz 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej, a także wyrażono zgodę na ich udostępnienie w portalu elitadywersji.org – kompendium wiedzy o 316 Cichociemnych spadochroniarzach Armii Krajowej.

Od lat uważam NAC za najbardziej nowoczesne i otwarte dla społeczeństwa polskie archiwum państwowe (stosujący cenzurę dyrektor WBH ma się od kogo uczyć). Narodowe Archiwum Cyfrowe świetnie realizuje swoją misję publiczną, choć ma wciąż za skromny budżet.

 

Odpowiedz-OKiU.630.29.2022_Strona_1-178x250 Skandaliczne szyderstwoW bulwersującej sprawie szyderczej okładki poprosiłem obecnego dyrektora Narodowego Archiwum Cyfrowego o pomoc w identyfikacji – w mojej ocenie skandalicznego – „okładkowego zdjęcia”. Bardzo dziękuję Panu Dyrektorowi Piotrowi Zawilskiemu – niezwłocznie otrzymałem rzeczową odpowiedź:

„(…) fotografia zamieszczona na okładce książki Kacpra Śledzińskiego „Cichociemni. Elita polskiej dywersji” (wydanie z roku 2022) nie pochodzi z zasobu Narodowego Archiwum Cyfrowego, w szczególności z zespołu archiwalnego Archiwum Fotograficzne Stefana Bałuka z lat 1939-1945″

 

Nadal szukałem więc źródła pozyskania przez współtwórców książki skandalicznego „okładkowego zdjęcia”. Na szczęście istnieje mechanizm wyszukiwania w Google za pomocą obrazu, przy czym można również wyszukiwać za pomocą zdjęcia dodanego z dysku własnego komputera. W ten sposób dotarłem do zdjęcia, umieszczonego w rosyjskiej domenie, ale z prawidłowym opisem, na prywatnym koncie James Simko (pinterest.ru).

Ostatecznie potwierdziły się najstraszniejsze przypuszczenia – „historyk” Kacper Śledziński, projektant okładki Marcin Słociński oraz wydawnictwo „Znak” utożsamili hitlerowskiego strzelca spadochronowego (Fallschirmjäger)  z Cichociemnym spadochroniarzem Armii Krajowej! Jako symbol bohaterskich Cichociemnych wykreowano zbrodniarza, fanatycznego hitlerowca…!!!  Szok i niedowierzanie…

 

Fallschirmjager-300x222 Skandaliczne szyderstwoDalsze wyszukiwania w internecie doprowadziły mnie do przypuszczalnego źródła zdjęcia. W mojej ocenie zdjęcie prawdopodobnie zostało pierwotnie opublikowane w książce Bruce’a Quarriego pt. Fallschirmjäger. Spadochroniarz niemiecki 1935-1945.

Wybitnych „ekspertów” wydawnictwa Znak i „historyka” Kacpra Śledzińskiego zapraszam zatem do… księgarni wydawnictwa „Znak”, gdzie można kupić książkę Quarriego.  Kupiłem ją gdzie indziej (czekam właśnie na dostawę), aby ponad wszelką wątpliwość ustalić źródło pochodzenia zdjęcia, wykorzystanego na okładce skandalicznej książki. Już teraz jest wysoce prawdopodobne, że ten bulwersujący przypadek historycznej ignorancji może mieć także inny wymiar, związany z cudzą własnością intelektualną. Tak czy inaczej, zapewnienie z metryki książki, jakoby zdjęcie spadochroniarza na okładce pochodziło rzekomo „ze zbiorów NAC”, albo „bezpośrednio od właściciela” wydaje się być kłamstwem.

hitlerowski-skoczek-178x250 Skandaliczne szyderstwoZapraszam także współtwórców skandalicznej okładki, aby spojrzeli w mordę hitlerowskiego zbrodniarza, z którego uczynili „symbol Cichociemnego”. To jego zdjęcie en face pochodzi właśnie z książki Bruce’a Quarriego i jest dostępne także w internecie.

Okładka jest graficzną emanacją książki – ma zachęcać do jej lektury oraz informować o treści. Według projektanta skandalicznej okładki fanatyczny nazista w hitlerowskim mundurze jest… symbolem Cichociemnych, „funkcjonującym w świadomości społecznej”. Co za bezczelność! Dla wszystkich, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o II wojnie światowej, zwłaszcza o wojskach spadochronowych – gigantyczna skala żenującej kompromitacji „Znaku” i Śledzińskiego jest oczywista. Dla każdego interesującego się tematem II wojny światowej jest oczywiste, że Niemcy w mundurach popełniali niewiarygodne, najbardziej odrażające zbrodnie. Niemieccy strzelcy spadochronowi Fallschirmjäger byli elitą Niemiec, elitą zbrodniczej armii Hitlera. Byli hitlerowskimi fanatykami, zaciekle walczącymi dla swojego parszywego führera.

 

Znak szyderstwa oraz ignorancji

Według Kacpra Śledzińskiego i Wydawnictwa „Znak” ci hitlerowscy fanatycy byli… (jak wynika z treści okładki) „Elitą polskiej dywersji”, a ich maksymą rzekomo było „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń”… Wydawnictwo Znak oraz Kacper Śledziński publicznie splunęli w twarz wszystkim Cichociemnym, wszystkim Rodzinom Cichociemnych, wszystkim Polakom dla których Cichociemni wciąż słusznie stanowią wzór bohaterstwa i patriotyzmu. Odtąd wydawnictwo powinno raczej nosić nazwę „Znak Szyderstwa oraz Ignorancji”…

Tak oto dokonała się osobliwa, odrażająca inkorporacja niemieckich zbrodni oraz nazistowskiej symboliki do polskiego dziedzictwa narodowego… To już nie tylko „polskie obozy koncentracyjne” – to my, Polacy, według „Znaku” i Śledzińskiego, wywołaliśmy II wojnę światową, mordowaliśmy niewinnych ludzi, gwałciliśmy kobiety i dzieci, uruchamialiśmy fabryki śmierci, chciwie okradaliśmy wszystkich, nawet trupy, popełnialiśmy najokrutniejsze i najstraszliwsze zbrodnie w imię nazistowskiego fanatyzmu. To Cichociemni przecież, elita Armii Krajowej – według Śledzińskiego i „Znaku” – byli hitlerowskimi zbrodniarzami…

Można by napisać taką to oto lewacką opowieść: „Znak” oraz Śledziński są krytykami przestarzałej, ewidentnie anachronicznej historycznej formy, która zbyt nadmierną wagę przywiązuje do faktów, dowodów, relacji, w ogóle do obiektywnej prawdy. „Znak” oraz Śledziński wypowiadają wojnę tradycyjnie pojmowanej spuściźnie historycznej oraz pamięci narodowej. Ich ekstrapolacyjna rozprawa z formą skupia się na skruszeniu fundamentalnych dotąd podwalin historycznego dziedzictwa – wierności faktom, relacjom, artefaktom. Świadectwo historii lepiej zastąpić świadectwem właściwie uświadomionego historyka. Deptanie imponderabiliów ma niezwykle ożywczy intelektualnie efekt, musi też wzbudzać skrajne emocje. W tych działaniach chodzi przecież o to, aby skompromitować tradycję, zrównać kata z ofiarą, doprowadzić do emancypacji rozumu w zderzeniu ze zbędnym konserwatyzmem. To pozwala na budowanie Nowego Społeczeństwa, wolnego od historycznych uprzedzeń…”.

 

Ufff, zauważcie proszę, że to lewackie gadanie powyżej jest tylko moją próbą ukazania możliwej narracji „postępowych” w „obronie” straszliwego, publicznego szyderstwa, jakiego dopuścili się (świadomie lub nieświadomie) „Znak” oraz Śledziński. Oczywiście nie sposób tego szyderstwa obronić, to jest przecież dewastacja historii, kompromitacja wydawnictwa i autora, wreszcie – sponiewieranie godności oraz rozumu. Gdyby głupota umiała fruwać, wydawnictwo i autor dawno już byliby na odległych bezkresach przynajmniej naszej galaktyki…

sledzinski-elita-2022-1-300x173 Skandaliczne szyderstwoW obecnych realiach publicznego dyskursu nie ma, niestety, większego znaczenia, czy znak równości pomiędzy nazistowskimi zbrodniarzami – a bohaterskimi Cichociemnymi, wydawnictwo „Znak” oraz Śledziński postawili świadomie, np. z chciwości (może to wredna prowokacja mająca zwiększyć sprzedaż?), czy „tylko” z bezdennej głupoty połączonej z ignorancją. Faktem jest, że zamiast popularyzować – dezinformują; faktem jest, że publicznie podeptali pamięć elity Armii Krajowej, zbrukali Bohaterów, napluli na Ich groby.

Utożsamienie najeźdźców z obrońcami Ojczyzny dotyka do żywego – odwieczne role kata i ofiary są bowiem najstarszymi (i najstraszniejszymi) więziami relacyjnymi ludzkości. Utożsamianie kata z ofiarą, czy trafniej – narzucenie ofierze wizerunku (twarzy) okrutnego kata jest drastycznym zakłóceniem podstawowego porządku świata, w którym dobro jest dobrem – a zło nazywane jest złem. To nie żaden „syndrom sztokholmski” – to gwałt na rozumie, gwałt na istocie człowieczeństwa.

 

Intryga, prowokacja, historyczna ignorancja?

Projektant okładki ujawnił – „Okładka powstała na zamówienie wydawnictwa i na podstawie wytycznych które otrzymaliśmy. Była konsultowana z autorem.” Chciałbym poznać treść tego „zamówienia wydawnictwa”, owe „wytyczne”, a także wyniki „konsultacji z autorem” – wzywam do ich ujawnienia! Dopiero wówczas będzie można z większą pewnością ustalić rzeczywiste podłoże i kontekst tego skandalicznego szyderstwa. Jeśli nawet to „tylko” ignorancja – Putin (oraz inni destruktorzy społecznej świadomości) zapewne ucieszyłby się z tak pożytecznych idiotów…

Nie można wykluczyć intrygi czy prowokacji, ale możliwe jest też, że wydawnictwo i autor padli ofiarą własnej głupoty oraz historycznej ignorancji. Mogą o tym świadczyć nader liczne merytoryczne błędy i nieścisłości, obecne w tej skandalicznie nierzetelnej publikacji. Ale widać też pewną złowieszczą logikę tych historycznych fałszerstw, więc może to jednak działanie z premedytacją? Przede wszystkim rzuca się w oczy rażąca nierzetelność oraz brak wystarczającej precyzji autora.

Zacznijmy znów od okładki – „zacytowana” tam rzekoma maksyma Cichociemnych faktycznie ma nieco inną treść – „Wywalcz Jej wolność lub zgiń” – a nie: „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń”. Powie ktoś, że o to przecież chodziło – „wywalcz Jej”, czyli Wywalcz Polsce. Owszem, ale jakim prawem wydawnictwo „Znak” oraz Kacper Śledziński „przerabiają” maksymę autorstwa Cichociemnego Floriana Adriana?  Amerykański pisarz, dziennikarz i felietonista Jeffrey Zaslow trafnie podkreśla – „Rzetelność to cecha osób, które robią to, co należy, nawet wtedy, gdy nie jest im to na rękę” (Jeffrey Zaslow, Sully. W poszukiwaniu tego, co naprawdę ma znaczenie, nota bene – wydawnictwo „Znak”). Właśnie z rzetelności podjąłem się tej krytyki – gdy wszyscy milczą…

 

Półprawda czy całe kłamstwo?

Jeśli publikuje się książkę mającą uchodzić za historyczną, zaś jej autor jest (ponoć) historykiem – zasadnie można oczekiwać, że treści w książce przekazywane są możliwie precyzyjnie, że są zgodne z obiektywną prawdą, że są rzetelne. Niestety, „Znak” oraz Śledziński wydają się dokonywać osobliwej, komercyjnej „prywatyzacji historii”, zapewne z chęci zysku depcząc obiektywną prawdę, nierzetelnie przytaczając fakty, relacje, wypowiedzi, wreszcie dopuszczając się zdumiewających wolt stylistycznych, zawierających ćwierć- oraz półprawdy. Ale półprawda zawsze jest całym kłamstwem…

Na okładce czytamy: „Było ich 300. Najlepiej wyszkoleni sabotażyści w historii! Gotowi poświęcić wszystko dla idei „Wywalcz Polsce wolność lub zgiń”. (…) Zrzuceni na spadochronach do okupowanej Polski podejmowali samobójcze misje. Nieliczni z nich, którzy przeżyli, trafili po wojnie do piekła komunistycznych więzień” (…)

Każde zdanie nieścisłe lub kłamliwe, wymagające wielu wyjaśnień – takich zdań jest zbyt wiele w tej książce!

Po pierwsze, było 316 Cichociemnych – a nie 300. Po drugie przytoczono nierzetelnie słowa maksymy (wyjaśniłem to wcześniej). Po trzecie, kłamstwem jest wywód, że 300 Cichociemnych było „sabotażystami”; w ogóle spłycanie Cichociemnych do roli sabotażystów jest nierzetelnym wymysłem autora. Proponuję sprawdzić znaczenie słowa sabotaż. Cichociemni byli szkoleni w ok. 30 specjalnościach: dywersja i partyzantka (169), łączność (50), wywiad (37), oficerowie sztabowi (24), służby lotnicze (22), pancerniacy (11), legalizacja (3). Wśród trzystu szesnastu Cichociemnych zaledwie kilku było faktycznie sabotażystami. Po czwarte, nie wszyscy byli „zrzucani na spadochronach” (nota bene – wg. mnie sami skakali) – ośmiu przerzucono do Polski w operacjach lotniczych „Most”  z lądowaniem na polowym lotnisku w okupowanej Polsce. Po piąte, pisanie z emfazą iż Cichociemni rzekomo „podejmowali samobójcze misje” nie ma nic wspólnego z historyczną rzetelnością – czyni z Bohaterów nieobliczalnych szaleńców…

Po szóste, bezczelnym kłamstwem jest stwierdzenie: „nieliczni z nich, którzy przeżyli, trafili po wojnie do (…) komunistycznych więzień”.  Z trzystu szesnastu Cichociemnych wojnę przeżyło 214; spośród nich część przebywała na Zachodzie, 59 musiało tam uciekać z okupowanej przez komunistów Polski. Organy represji „Polski Ludowej” represjonowały aż 103 Cichociemnych, w komunistycznych więzieniach osadzono aż 56 Cichociemnych. Organy represji ZSRR robiły to samo – pod koniec wojny oraz po wojnie – w sowieckich łagrach osadzono aż 35 Cichociemnych. Ogółem do łagrów zesłano aż 83 Cichociemnych, w tym siedmiu dwukrotnie!

 

Łącznie w komunistycznych więzieniach osadzono 91 Cichociemnych, prawie połowę z tych którzy przeżyli; jeśli odliczyć Tych, którzy pozostali na Zachodzie lub tam uciekli – w więzieniach i łagrach osadzono zdecydowaną większość Cichociemnych. Ostatni Cichociemny wyszedł z łagru w 1956. Wydawnictwo „Znak” i autor Kacper Śledziński bezczelnie kłamią, że do komunistycznych więzień trafili „nieliczni”. Prawie połowa lub większość – to są „nieliczni”? Łagier to nie jest więzienie? Jakim prawem „Znak” oraz Śledziński wybielają komunistycznych zbrodniarzy? Co to ma wspólnego z popularyzacją historii?

 

Być może Śledziński ma żenujące problemy ze składaniem wyrazów w zdania i nie odróżnia podmiotu od orzeczenia. Być może w zdaniu: Nieliczni z nich, którzy przeżyli, trafili po wojnie do piekła komunistycznych więzień”  chodziło mu „tylko” o to, że „nieliczni Cichociemni” przeżyli. Nawet gdyby przyjąć taką interpretację – przeczy jej jednak składnia tego zdania – także jest rażąco fałszywa, bo z 316 Cichociemnych przeżyło wojnę 214 – nie sposób uznać, że ponad 2/3 to są „nieliczni”…

 

„Po Znakowemu i Śledzińskiemu”…

Z treścią książki również nie jest najlepiej. Już na początku (str. 6) mamy nierzetelny cytat. Śledziński „cytuje” fragment z książki Cichociemnego Alfreda Paczkowskiego (Ankieta Cichociemnego, 1984) – „(…) wszyscy byliśmy przygotowani do podróży przez Wschód i Bałkany”. Faktycznie końcowy fragment tego cytatu brzmi  (…)  przez Wschód: Turcję i Bałkany”. Różnica znaczeń kolosalna…

Później, na str. 15 taki oto kwiatek, już autorstwa Śledzińskiego – „Szkolenie prowadzone zgodnie z najwyższymi standardami Special Operations Executive i brytyjskich oddziałów commando (…)”  Wreszcie odnalazł się autor bredni o „standardach SOE”. Kolejny „ekspert od Cichociemnych”, który nie zna do dzisiaj kilku podstawowych kwestii:

  1. nie było jednego szkolenia Cichociemnych (szkolono w ok. 30 specjalnościach w ok. 50 ośrodkach SOE); nota bene – choćby dlatego wszyscy Cichociemni nie mogli być „sabotażystami”
  2. Cichociemni w zdecydowanej większości (z nielicznymi wyjątkami) byli szkoleni przez Polaków, Anglicy odpowiadali za sprawy administracyjno – gospodarcze, m.in. za utrzymanie, ochronę oraz zaopatrzenie ośrodków szkoleniowych; szkolono zgodnie z zapotrzebowaniem Armii Krajowej,
  3. Jakież to „najwyższe standardy” mogła mieć SOE oraz brytyjskie oddziały commando, które tworzono dopiero od czerwca 1940, kiedy rozpoczynały się pierwsze szkolenia Cichociemnych?
  4. SOE powstało w bardzo dużym stopniu w oparciu o polskie wzorce (można je nazwać standardami).
  5. Polacy rozpoczęli szkolenie dywersantów oraz tworzenie wojsk specjalnych oraz powietrznodesantowych jeszcze przed wojną
  6. Zarówno polskie jak i brytyjskie koncepcje działań sabotażowo – dywersyjnych  (nazywanych „wojną nieregularną”, „dywersją pozafrontową”) pojawiły się jeszcze przed II wojną św., współpraca polsko – brytyjska w tym zakresie także została nawiązana przed wybuchem wojny…

Nota bene, wcześniej inny „specjalista od Cichociemnych” dr Krzysztof Tochman z IPN wywodził (w „Słowniku Biograficznym Cichociemnych”), że szkolenia Cichociemnych były rzekomo „konspiracyjne” – choć zarówno Wielka Brytania (nigdy) jak i Włochy (podczas tych szkoleń) nie były pod okupacją. Chodziło mu o to, że szkolono Cichociemnych do pracy w konspiracji...

A propos „standardów SOE” warto zauważyć, co napisała Lynne Olson w ciekawej i rzetelnej książce pod znaczącym tytułem „Wyspa ostatniej nadziei. Anglicy, Polacy i inni”:

od samego początku nowa agencja [SOE – przyp. RMZ] miała do czynienia z przytłaczającą liczbą problemów i nie najmniej istotny z nich był fakt, że większość organizujących ją oficjeli nie miała najmniejszego pojęcia co robią” (s. 186).

Collin Gubbins [szef SOE – przyp. RMZ] posłużył się Polską jako wzorcem w kwestii rodzaju i zakresu działań ruchu oporu, jaki chciałby wywołać w Europie. Jak się jednak wkrótce przekonał, Polska była jednak jedyna w swoim rodzaju w swojej woli do stawiania oporu i buntowania się. Krótko po wojnie Gubbins oświadczył słuchaczom, że o ile w Europie Zachodniej szok, jakim była niemiecka okupacja, oszołomił ludzi, o tyle 'duch Polaków, zahartowanych przez wieki ucisku, pozostał niezłomny'” („Wyspa ostatniej nadziei”, s. 189).

 

Dalej w tej książce z hitlerowcem na okładce też jest „po Znakowemu i Śledzińskiemu” – czytamy że to szkolenie Cichociemnych „skończyło sześciuset sześciu elewów”. W odniesieniu do Cichociemnych autor używa sformułowania elew także na str. 48, 53, itd. Łaska pańska, że nie nazwał Cichociemnych np. kadetami, choć nie wiadomo, czemu nie zasłużyli na tytuł podchorążego, skoro byli przecież w większości oficerami. Każdy kto ma minimalne pojęcie o wojsku, wie kim jest elew, jakie było i jest znaczenie tego słowa.

Na str. 21 mamy kolejny nierzetelny cytat, podobno z książki Cichociemnego Ryszarda Nuszkiewicza (Uparci, 1983, s.13) – „Czyż mogło budzić zaufanie wojsko obwieszone bidonami, pod ustawicznym rauszem i wiecznie rozdyskutowane”. Faktycznie zaś wypowiedź Ryszarda Nuszkiewicza ma w przeinaczonym fragmencie taką treść: „obwieszone bidonami, pod ustawicznym rauszem, okręcone szalami, rozchełstane, z rękami w kieszeniach i wiecznie rozdyskutowane”… Abecadło rzetelności nakazuje zaznaczyć wszelkie ingerencje w cytowaną treść…

 

„Wmieszanie w spór o Kresy Wschodnie”

Na str. 31 Kacper Śledziński – który wraz z wydawnictwem „Znak” bezczelnie kłamali na okładce książki, że rzekomo do komunistycznych więzień „trafili nieliczni” Cichociemni – wyraża zapewne swoje osobiste poglądy wywodem: „Rząd JKM nie mógł i nie chciał narażać swoich obywateli na konsekwencje wmieszania Wielkiej Brytanii w spór o polskie Kresy Wschodnie” (s. 31) To zdanie, według Śledzińskiego, doskonale wyjaśnia – nawet usprawiedliwia – ówczesną postawę Wielkiej Brytanii, tj. dlaczego była bezczynna po agresji Sowietów 17 września 1939 na Polskę.

W mojej ocenie świadczy też wymownie o osobliwie pojmowanym „patriotyzmie” autora. Według Kacpra Śledzińskiego agresja ZSRR na Polskę, czyli zagarnięcie przez Sowietów siłą około połowy (42,1 proc.) ówczesnego terytorium naszej Ojczyzny (II Rzeczpospolitej) oraz pozbawienie wolności 13,7 mln polskich obywateli to tylko… „spór o polskie Kresy Wschodnie”.  No cóż, każdy ma prawo do własnej opinii, nawet bezdennie głupiej… Ale niech nie udaje wtedy obiektywnego historyka – skrajnie prosowieckie sympatie są zbyt dobrze widoczne…

Czy dzisiaj Śledziński odważyłby się powiedzieć publicznie, że polski rząd „wmieszał Polskę w spór pomiędzy Rosją a Ukrainą o obwody ługański i doniecki”? Zapewne tak, skoro takie pojmowanie historii uważa za właściwe – choć nieobiektywne, skrajnie prosowieckie. Analogia wydaje się oczywista. Jednak ani Polska, ani USA, ani inne cywilizowane europejskie kraje – w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii w 1939 – nie miały przed 24 lutego 2022 żadnych formalnych zobowiązań do obrony Ukrainy przed rosyjską agresją. A zatem – „wmieszały się w spór”…

Na str. 34 Śledziński wywodzi, że „Latem 1940 roku Górski i Kalenkiewicz zasypali sztab projektami budowy „ośrodków wyszkolenia desantowego dla grupy oficerów łączności z Krajem (…)” W rzeczywistości memorandum (a nie „projekty zasypujące sztab”) dotyczyło: 1/ Zorganizowania eskadry łączności z Krajem, 2/ Stworzenia ośrodków wyszkolenia desantowego dla: grupy oficerów łączności z Krajem, grupy dywersyjnej, oddziałów spadochronowych, dowódców oddziałów transportowych drogą lotniczą do Kraju (np. Erdman, Droga do Ostrej Bramy, s. 113). Kolejny dowód wątpliwej rzetelności autora.

 

soe-tablica-296x300 Skandaliczne szyderstwoNa str. 41 możemy poczytać kiepskie, infantylne opowieści dziwnej treści o współpracy SOE z Polakami:

„Przede wszystkim Brytyjczycy nie wtrącali się do planowania i wykonywania akcji, choć czasem proponowali zadania wynikające ze strategii aliantów. Niemniej decyzje zapadały zwykle w KG ZWZ, a szczegóły wykonania pozostawiano oficerom bezpośrednio odpowiedzialnym za wynik akcji. Ta niezależność operacyjna wymagała samodzielnej sieci radiowej, szyfrów i decydowania o charakterze i liczbie zrzutów, co udało się uzyskać. Tak więc polskiej sekcji SOE pozostało zadanie pomocnicze, lecz niezwykle ważne: organizacja wszelkiego rodzaju szkoleń dla polskich agentów i dostarczanie sprzętu.” Dalej, na str. 51 pisze o Cichociemnych – „elementarną cechą agenta SOE (…)”

Pomieszanie z poplątaniem, brednie do kwadratu. Śledziński usiłuje tworzyć wrażenie, jakby był historykiem światowego (albo chociaż europejskiego) formatu, w rzeczywistości formułując zdania jak mały Jaś w szkolnym wypracowaniu: „żołnierz był uzbrojony po pas”. Mógłby to być humor zeszytów, ale to wcale nie jest śmieszne.

Przede wszystkim należałoby spytać o jakie „akcje” chodzi? Inni, podobni „znawcy” bredzą również o „misjach Cichociemnych” a nawet „kierowaniu operacjami alianckimi”. Zadaniem Cichociemnych nie było przeprowadzanie „akcji” czy „misji”, nie podlegali też „aliantom” (czyli komu? Churchillowi, Rooseveltowi, Stalinowi? 26 państwom z Deklaracji Narodów Zjednoczonych?).

 

Podstawowym zadaniem Cichociemnych było wsparcie Armii Krajowej w konspiracyjnej walce w okupowanej Polsce, także przygotowywanie powstania powszechnego, które planowano rozpocząć w ostatniej fazie wojny w Polsce oraz odtworzenie Sił Zbrojnych R.P. po wojnie – także w Polsce. Owszem, byli organizatorami oraz uczestnikami śmiałych akcji bojowych w Polsce, ale nie planowano ich w alianckich (czy tylko brytyjskich) sztabach. Nie jest też tak, jak dziecinnie bajdurzy Śledziński, że „szczegóły wykonania pozostawiano oficerom bezpośrednio odpowiedzialnym za wynik akcji”. Akcje starannie planowano, a „szczegóły wykonania” – jak to jest w każdym wojsku – musiały być zaakceptowane przez dowódcę odpowiedniego szczebla. O zasadach oraz praktyce współpracy pomiędzy polskim Oddziałem VI (Specjalnym) Sztabu Naczelnego Wodza oraz brytyjskim SOE można poczytać np. tutaj – Oddział VI (Specjalny)

Nie nadają się do rzeczowego skomentowania infantylne wywody autora, że „decyzje zapadały zwykle w KG ZWZ, a szczegóły wykonania pozostawiano oficerom bezpośrednio odpowiedzialnym za wynik akcji” czy też że „niezależność operacyjna wymagała samodzielnej sieci radiowej”, albo że SOE organizowało „szkolenia dla polskich agentów”, czy wreszcie że Cichociemni byli rzekomo „agentami SOE”. Zbyt wiele elementarnych kwestii trzeba by było wyjaśniać, a objętość tego tekstu już jest spora. Podkreślę tylko jedno – pojęcia „agent” i „żołnierz” nie są tożsame. Cichociemni byli żołnierzami Armii Krajowej – a nie czyimiś „agentami”. Podlegali wyłącznie Komendzie Głównej Armii Krajowej – a nie brytyjskiej SOE czy „aliantom”.

 

Pokrętne ahistoryczne opowieści

okladka-tyl-167x250 Skandaliczne szyderstwoIm dłużej się czyta książkę „Znaku” i Śledzińskiego, tym więcej dostrzec można różnych pokrętnych, ahistorycznych opowieści, niewiele mających wspólnego z obiektywną prawdą historyczną. Na str. 41 autor np. wywodzi, że komenda główna ZWZ „rozkazem z 30 czerwca została przeniesiona do okupowanego kraju”.

Krzysztof Tochman (historyk z IPN) niedawno wywodził, że KG AK „przeniosła się do Wielkiej Brytanii”, a potem tłumaczył, że „KG ZWZ na terenie Wielkiej Brytanii nie została definitywnie rozwiązana, a przekształcona”. Obaj plotą co im ślina na język przyniesie.

Wystarczy zajrzeć do sześciotomowej publikacji Studium Polski Podziemnej – „Armia Polska w dokumentach”. Czytamy w treści tego rozkazu Naczelnego Wodza z 29 czerwca 1940 (który wysłano do Polski radiodepeszą z 30 czerwca – stąd błędna data Śledzińskiego):

(…) Naczelny Wódz zdecydował utworzyć Komendę ZWZ w Kraju (…) sztab dotychczasowej Kmdy Gł. ZWZ zostaje z dniem. 29.VI.1940 rozwiązany, a w jego miejsce zostaje utworzony przy Sztabie Gł. Naczelnego Wodza „Samodzielny Wydział Krajowy” (…) (Armia Krajowa w dokumentach 1939 – 1945, wyd. Studium Polski Podziemnej, Gryf Printers, wyd. II, Londyn 1984,tom I: wrzesień 1939 – czerwiec 1941, s. 261)

 

Na str. 42 czytamy o kolejnym odkryciu Śledzińskiego „(…) współpracę między SOE a Sztabem Naczelnego Wodza nawiązano dopiero w grudniu 1940”. Brednie – współpracę nawiązano zaraz po powstaniu SOE w lipcu, a już w październiku 1940 rozpoczęły się pierwsze szkolenia. Czyżby bez „nawiązania współpracy”? Special Operations Executive (pol. Kierownictwo Operacji Specjalnych) – brytyjską, ściśle tajną agencję rządową utworzono decyzją Winstona Churchilla z 19 lipca 1940 (niektóre źródła podają inne lipcowe daty). Współpracę z SOE nawiązano niezwłocznie, już w lipcu 1940, jeszcze w fazie organizacji SOE…

Jan-Jazwinski-251x350 Skandaliczne szyderstwoMjr dypl. Jan Jaźwiński, organizator wsparcia lotniczego dla Armii Krajowej, szczegółowo opisuje początki tej współpracy: począwszy od 1 lipca 1940 roku usiłuję nawiązać kontakt z władzami brytyjskimi, jakie mogą być zainteresowane istnieniem ZWZ (przyszłej AK) Idzie to bardzo trudno i opornie ze strony naszych władz. Nasz attache wojskowy przy ambasadzie polskiej w Londynie, któremu przedstawiłem swój projekt łączności lotniczej z Krajem odpowiedział: Panie kapitanie, pański projekt jest nierealny. Nie nadaje się nawet do dyskusji w władzami brytyjskimi. (…)  21 sierpnia zadzwonił do mnie kpt. Perkins z 4-tej Misji brytyjskiej [późniejszy szef sekcji polskiej Special Operations Executive, SOE – przyp. RMZ] (…) 25 sierpnia Perkins powiadomił mnie, że komendant 4-tej Misji wojskowej dał mu polecenie, aby podjąć doświadczenia związane z pionierskim lotem do Polski. Powiedziałem – musimy to zrobić tak dokładnie, aby lot był sukcesem. Perkins: tak, słyszałem już kilka opinii, że dla posiadanych obecnie samolotów lot taki jest nierealny. (…) W naszej pierwszej fazie pracy trzeba przekonać, że ZWZ istnieje w Polsce, że wsparcie ZWZ jest celowe z punktu widzenia planowania dalszej wojny oraz, że loty z W. Brytanii do Polski są realną operacją. Mamy przed sobą trudną, stopniową pracę. (…) [Jaźwiński:] W październiku pierwszych dziesięciu kandydatów na skoczków do Kraju rozpoczęło kurs przygotowawczy do odlotu do Kraju. Dla nich opracowałem szczegółowy program kursu (…).”  (Jan Jaźwiński – Dramat dowódcy. Pamiętnik oficera sztabu oddziału wywiadowczego i specjalnego, przygotowanie do druku: Piotr Hodyra i Kajetan Bieniecki, tom I i II, Polski Instytut Naukowy w Kanadzie, Montreal 2012, ISBN 978-0-9868851-3-6 s. 254-257)

 

Podkreślić należy, że współpracę z SOE nawiązano (za zgodą szefa Oddziału VI (Specjalnego) ppłk dypl. Jana Smoleńskiego) bezpośrednio po utworzeniu Oddziału Specjalnego (zwanego także Samodzielnym Wydziałem Krajowym) w Sztabie Naczelnego Wodza, nota bene jeszcze przed podpisaniem 31 lipca 1940 polsko – brytyjskiej umowy w sprawie utworzenia Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii oraz sformowania Sztabu Naczelnego Wodza. Ale Śledziński wywodzi, że „dopiero w grudniu”

 

Tebinka-historia-SOE_1100px-169x250 Skandaliczne szyderstwoW kontekście kłamstwa Śledzińskiego nt. współpracy Polaków z SOE warto też przytoczyć opinię prof dr hab. Jacka Tebinki oraz dr hab. Anny Zapalec„Polsko-brytyjska współpraca w czasie drugiej wojny światowej obejmowała cały wachlarz spraw, począwszy od kontaktów politycznych poprzez prowadzone działania zbrojne i wywiadowcze, jak również sabotaż i dywersję. (…) Polski ruch oporu zaczął kształtować się pod koniec września 1939 r. jako jeden z pierwszych w Europie. Od początku miał unikalny charakter na tle podziemia w innych krajach podbijanych przez państwa Osi. Polacy i Brytyjczycy współpracowali ze sobą jeszcze zanim powstało SOE, mające zajmować się wojną nieregularną oraz organizacjami podziemnymi w Europie. (…) Gdy powstało SOE było niemal rzeczą naturalną, że relacje Brytyjczyków z Polakami w zakresie działań konspiracyjnych będą kontynuowane (…)” (Polska w brytyjskiej strategii wspierania ruchu oporu. Historia Sekcji Polskiej Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), Neriton, Warszawa 2021, ISBN 978-83-66018-94-5 (druk), ISBN 978-83-66018-95-2 (e-book), str.9-10) Zobacz recenzję tej książki

 

Na str. 43 mamy kolejną rewelację „(…) koncepcja wojsk spadochronowych wśród aliantów była praktycznie nieznana. Kursy w Legionowie czy Wojskowy Ośrodek Spadochronowy otwarty w Bydgoszczy w maju 1939 roku były tylko skromnymi próbami i zginęły w huku wybuchów wojny polskiej”. Cóż za wyjątkowo haniebny przykład publicznego deptania szczytnych polskich osiągnięć!

cichociemni-wieza-Largo-House-249x350 Skandaliczne szyderstwoWbrew temu co wypisuje Kacper Śledziński oraz wielu innych, Polska była w ścisłej światowej czołówce państw tworzących przed II wojną św. wojska powietrznodesantowe – oprócz nas robili to wówczas jedynie Niemcy i Rosja. Byliśmy przykładem dla Europy i świata – nasz dorobek spadochronowy był pionierski, na tyle, że zastępcą pierwszego komendanta brytyjskiego ośrodka szkolenia spadochroniarzy w Ringway (komendantem sekcji polskiej) mianowano por. pilota Jerzego Góreckiego, właśnie z Wojskowego Ośrodka Spadochronowego w Bydgoszczy. Jego zastępcą i szefem wyszkolenia spadochronowego został ppor. Julian Gębołyś (także z WOS). Znaczną część instruktorów w Ringway stanowili Polacy z WOS. Brytyjczycy chcieli nawet utworzyć brytyjsko – polską dywizję spadochronową i powierzyć jej dowództwo Stanisławowi Sosabowskiemu (dowódcy 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej). Zapewne dlatego – jak kłamliwie twierdzi autor – że polskie doświadczenia „były tylko skromnymi próbami i zginęły w huku wybuchów wojny polskiej”. Zastanawia mnie też ta „wojna polska” Śledzińskiego, nowe określenie quasi historyczne, mające „definiować” wojnę obronną Polski 1939. Dziwne, że nie ma w tej definicji Niemców, że to była „wojna polska” – a nie wojna Niemców z Polską…

W Lundin Links (choć wg. książki w Largo House, fot. 1 po str. 192) Polacy wybudowali pierwszą w Wielkiej Brytanii wieżę spadochronową. W Polsce przed wojną wybudowano 16 wież spadochronowych W 1937 wykonano w Polsce łącznie aż 31.440 skoków. Polscy skoczkowie do 1938 wykonali ok. 25 mniejszych oraz 4 większych (40-60 skoczków) desantów. Zorganizowali ponadto także pokazy spadochronowe w Holandii, Luksemburgu, na Łotwie, na Węgrzech… Jeśli według Śledzińskiego utworzenie WOS, rozpoczęcie formowania specjalnego wydzielonego dywizjonu (jego dowódcą był późniejszy Cichociemny Roman Rudkowski) oraz szkolenia pierwszych spadochroniarzy do zadań specjalnych to były zaledwie „skromne próby” – to kto oprócz Niemców i Rosjan miał większe doświadczenie od Polaków? Nota bene, już w maju 1940 kpt. Lucjan Fijuth proponował utworzenie Brygady Lotniczo – Desantowej, natomiast współtwórca Cichociemnych kpt. Maciej Kalenkiewicz (obaj ze Sztabu Naczelnego Wodza) postulował przekształcenie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w „Polski Korpus Desantowy i Lotnictwo Wsparcia Powstania”

 

Kłamstwa, nieścisłości, przeinaczenia

Z nieco ponad czterystu stron treści nowego wydania tej książki przeczytałem dość uważnie ledwo 53 strony (potem zajmę się resztą). Jestem porażony skalą kłamstw, nieścisłości i przeinaczeń. Przede wszystkim zdumiewająco istotną rangą błędów merytorycznych, których dopuściło się wydawnictwo „Znak” oraz autor Kacper Śledziński. To nie są drobne nieścisłości, podobnie jak w przypadku okładki książki – to są błędy fundamentalne!

Wydawnictwo „Znak” oraz autor Kacper Śledziński wspólnie i w porozumieniu stawiają znak równości pomiędzy hitlerowskimi zbrodniarzami a polskimi Bohaterami. Wybielają zbrodniarzy komunistycznych. Wywodzą że Cichociemnych było 300 – a nie 316. Kłamią, że Cichociemni byli agentami SOE, zadaniowanymi przez Brytyjczyków. Usprawiedliwiają zaniechania Brytyjczyków. Przyjmują sowiecką optykę. Fałszują fakty, manipulują cytatami, stawiają zdumiewająco ahistoryczne tezy. Kolokwialnie rzecz ujmując – „robią ludziom wodę z mózgu”…

 

Wzywam wydawnictwo „Znak”, aby przestało być znakiem szyderstwa oraz ignorancji – a stało się znakiem pokoju. Zgodnie z normami kodeksu cywilnego, krzywda wymaga przeprosin oraz zadośćuczynienia. Zadośćuczynić kłamstwu może tylko prawda. Wydawnictwo powinno natychmiast przeprosić, wycofać książkę z publikacji do czasu poprawienia błędów, także wydatnie wesprzeć upowszechnianie prawdy o Cichociemnych spadochroniarzach Armii Krajowej.

Cichociemni spadochroniarze Armii Krajowej nie mają własnego muzeum, nie mają ani jednego archiwum z dotyczącymi Ich artefaktami, ani jednej placówki badawczej. Instytut Pamięci Narodowej – niestety – pamięci o Cichociemnych bardziej szkodzi niż pomaga.

W Polsce funkcjonują obecnie dwa główne ośrodki rzeczywiście upamiętniające Cichociemnych – Fundacja im. Cichociemnych spadochroniarzy Armii Krajowej oraz „jednoosobowa placówka edukacyjno – badawcza”, czyli mój portal. Jest też Stowarzyszenie Rodzin Cichociemnych, które nie jest jednak jakoś zauważalnie aktywne na niwie edukacyjno – popularyzatorskiej, zapewne z braku wystarczających środków. W mojej ocenie, w ramach przeprosin i stosownego zadośćuczynienia, wydawnictwo „Znak” powinno wydatnie wesprzeć rzetelne działania upamiętniające Cichociemnych. Zapraszam do ugody – chcę ufać, że nie musimy się spotykać w sądzie.

Ryszard M. Zając

cichociemni (at) elitadywersji.org

PS.

Nie mam pewności, czy sprawcy zachowają się honorowo. Dlatego proszę dobrego prawnika, który chciałby poprowadzić sprawę pro bono o kontakt ze mną.


 

„Przeprosiny” wydawnictwa „Znak”

25 lipca 2022 otrzymałem maila z wydawnictwa „Znak” o treści:

niby-przeprosiny-300x200 Skandaliczne szyderstwo„Przeprosiny. Przepraszamy za zaistniałą sytuację. Naszym celem nie było propagowanie nazizmu lub szkalowanie pamięci Cichociemnych, lecz zaprezentowanie okładki, która zainteresowałaby czytelnika. Książka jest wznowieniem – obowiązują inne procedury weryfikacji merytorycznej i doszło do ludzkiego błędu. Zdanie ze strony redakcyjnej wskazujące źródło fotografii a dotyczące okładki I wydania wskutek przeoczenia nie zostało skorygowane. Nowe wydanie będzie miało już inną okładkę. Jeszcze raz przepraszamy za zaistniałą sytuację.
W dniu dzisiejszym zamieścimy też wyjaśnienie na naszej stronie internetowej www.wydawnictwoznak.pl

Z poważaniem, Magdalena Reputakowska-Madej
Dyrektor Wydawnicza/Publishing Director

 
Moja odpowiedź:

Obawiam się, że nie zrozumiała Pani mojego tekstu pt. „Skandaliczne szyderstwo”

Próba udawania, że chodzi tylko o okładkę, w tym ograniczenie się do tych niby „przeprosin” to w mojej ocenie tylko żałosna próba uniknięcia odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych, a także za ewidentne, rozpowszechniane publicznie, wasze ahistoryczne kłamstwa 🙁

Właśnie pracuję nad dokończeniem recenzji tego waszego „dzieła” które nazywacie „popularnonaukowym”. Obawiam się, że aby dojść do prawdy należy sprawdzić wszystkie fakty także w innych waszych tego rodzaju „popularnonaukowych dziełach” p. Śledzińskiego (i może nie tyko w tych).

Obawiam się że wasze rzekome „procedury weryfikacji merytorycznej” to, kolokwialnie rzecz ujmując, zwykła ściema, podobna do treści tych „przeprosin”. (…) W mojej ocenie, przynajmniej w jakiejś części produkujecie wysoce szkodliwą dla pamięci narodowej nierzetelną tandetę pseudohistoryczną. Mam nadzieję, że gniota tej treści nie będziecie już wznawiać nigdy… (…)

Sądziłem, że jakieś polubowne rozwiązanie jest możliwe. Przykro mi, że nadal chcecie być „znakiem ignorancji” a może nawet „znakiem kłamstwa” 🙁

skandal-97-tys-238x250 Skandaliczne szyderstwoNiestety, po wysłaniu tego maila otrzymałem automatyczną odpowiedź:
„W dniach 25 lipca do 7 sierpnia jestem na urlopie. W ważnych sprawach proszę o kontakt z [tu imiona, nazwiska i maile].  Po przesłaniu odpowiedzi pod te adresy mailowe otrzymałem automatyczną odpowiedź:  „w dniach 18 – 31 lipca przebywam poza redakcją.” 

 

Na Facebooku post w tej sprawie dotarł do ponad 97 tys. osób. Wydawnictwo „Znak” wciąż uchyla się od dostrzeżenia, że Kacper Śledziński jest nierzetelnym pseudohistorykiem, który rozpowszechnia półprawdy lub całe kłamstwa na temat Cichociemnych. Wydawnictwo wciąż też nie zamierza sprostować publikowanych przez siebie nierzetelności i kłamstw oraz udaje, że w tej sprawie spór dotyczy tylko kłamliwej okładki. Autor półprawd i kłamstw nabrał wody w usta. W związku z tym niezbędne będą kolejne działania, uświadamiające temu rażąco nierzetelnemu wydawnictwu, że nie ma społecznej akceptacji dla handlarzy pseudohistoryczną tandetą 🙁

 

 

 

1